Na Skrzydłach Marzeń 5 – Epilog


TOM II


CZĘŚĆ II


EPILOG



 – Pozwólcie, że wam przedstawię…! – krzyknęłam, unosząc ręce w kierunku środka sceny. – Absol! Wybieram cię!

Pokemon pojawił się na drewnianym podwyższeniu. Prowizoryczne reflektory, które obsługiwane były przez Munchlaksa i Sylveon rzuciły na niego nieco światła. Absol wyprostował się, strosząc sierść. W przeciwieństwie do reszty moich Pokemonów, które z reguły witały się uśmiechem, ten zmrużył lekko oczy i zmierzył wzrokiem widownie. Musiałam przyznać, że wyglądał przy tym imponująco. Wczorajsza kąpiel, którą mu zaserwowałam dała zjawiskowe efekty. Pokemon był czysty i lśniący, biel jego futerka nie była zmącona najmniejszą skazą. Pazurki i ogon odbijały światło reflektorów, oślepiając zgromadzonych. Majestatu ujmował mu jedynie złamany róg, co było dla niego sporym zmartwieniem. Bałam się, że straci przez to pewność siebie, ale póki co, zachował się idealnie. 

 – No to prezentacje mamy za sobą… – powiedziałam po cichu. – A teraz tak jak wczoraj ćwiczyliśmy… Pangoro, zgaś światła!

Pokemon wykonał poznaną niedawno kombinację i za pomocą Stone Edge i Dark Pulse wypełnił całą salę mrokiem. Gdy gwizdnęłam, Sylveon i Munchlax wyłączyli sztuczne oświetlenie i zrobiło się strasznie ciemno. Bałam się, że Absol zacznie panikować. Z niewiadomej przyczyny bał się ciemności, co było przecież dość dziwne. Nie wiedziałam, czy wcześniej też tak miał, czy stało się to dopiero po utracie tego felernego rogu. Uznałam jednak, że wytrzyma te kilka sekund.

 – Pangoro, Bullet Punch! Absol, Iron Tail, a potem Will-O-Wisp!

Pangoro zerwał się błyskawicznie z miejsca i wymierzył w Absola. Ten z kolei uskoczył do góry i wykręcając salto w powietrzu uderzył ogonem w pięści swojego udawanego oponenta. Zetknięcie się Bullet Puncha z Iron Tailem wznieciło kaskadę iskier, które niczym krople z fontanny, rozsypały się po całej scenie, rozpraszając nieco ciemność. Absol następnie niepostrzeżenie użył ruchu Will-O-Wisp, który spowodował powstanie pierścienia ognia wokół nas. Wyglądało to tak, jakby iskry z poprzedniego ataku ułożyły się idealnie po okręgu i zapaliły, tworząc przy tym zjawiskową kombinację. Pangoro i Absol zaczęli prowadzić reżyserowaną walkę, okładając się wzajemnie Bullet Punchem i Iron Tailem. Podczas treningu Absol często zapominał, że nie ma już rogu i próbował nim walczyć, co psuło całą misternie kreowaną choreografię. Nie mieliśmy czasu na więcej ćwiczeń, dlatego tej części obawiałam się najbardziej. Gdy po Pokemonach widać było udawane zmęczenie, należało przejść do wyczekiwanego finału.

 – Absol, Night Slash! Pangoro, Stone Edge!

Gdy ataki Pokemonów już miały się zetknąć, ognisty pierścień oświetlający ich sceny walki nagle zgasł. Publiczność usłyszała tylko jeden wielki huk i jęk obu Pokemonów. Jako, że znajdowaliśmy się w ogromnej piwnicy, dźwięki wypełniły całe pomieszczenie  i zaczęły się na siebie nakładać, tworząc przy tym złowrogą kakofonię. Trąciłam Braixen, dając jej znać, że czas na nią. Pokemon wyciągnął ze swojego ogona kijek, zapalił go siłą tarcia i rzucił w mrok. Różdżka została złapana przez Absola, który w tym momencie miał użyć Dark Pulse’a. Pomarańczowo-czerwony płomień na kijku zmienił swoją barwę na błękitno-granatową. W ten sposób nie rzucał za dużo światła i tak naprawdę do końca nie było wiadomo, skąd ów płomień się wziął. Absol następnie wykonał slalom między ludźmi zasiadającymi na widowni. Błękitny płomień wędrował po głowach, ramionach czy kolanach kolejnych widzów. Niektórzy piszczeli, inni byli zaciekawieni, a ci najodważniejsi chcieli ten ogień złapać. Gdy w końcu zgasł, niemal wszyscy wstrzymali oddech. Końcówka należała do Sylveon. Pokemon zaczął włączać i wyłączać reflektory, bawiąc się przy tym jak małe dziecko, a gdy światło zapaliło się na stałe, nie było mnie już na scenie. Siedziałam obok Darkii, jednej z nowych członkiń Zespołu SM.

 – Finisz… – szepnęłam jej do ucha, a dziewczyna aż podskoczyła. – I co? Wyglądało to trochę inaczej niż zwykle?

Wodząc oczyma po reszcie osób stwierdziłam, że czegoś takiego się nie spodziewali. Być może było to trochę inne, może i nawet trochę słabsze, niż to do czego ich przyzwyczaiłam, ale przynajmniej spróbowałam czegoś nowego. Nie pokazałam im jeszcze mojego „słodko-kwaśnego” stylu, ale nie zamierzałam od razu ujawniać wszystkich swoich kart. Część z nich na pewno zaciekawiłam. Finał tego mini-pokazu nie miał być efektowny, ale interesujący. Chciałam wzbudzić w oglądających inne emocje niż zwykle, chociaż kilku osobom się to raczej nie spodobało. Pewien chłopak o blond włosach siedział zdenerwowany za stołem, gotowy rzucić nim we mnie w każdej chwili. Zdecydowałam więc, że nie będę do niego podchodzić. Pod ścianą zaś stał inny Trener, który całe przedstawienie oglądał spod byka, tym samym mnie pesząc. Jego też wolałabym nie pytać o zdanie. 

 – No, no… – znikąd pojawiła się May. – Spójrz tylko na nich. To było całkiem ciekawe doświadczenie. Nie spodziewałam się czegoś takiego z twojej strony. Tylko czemu nie pokazałaś im układu, który ćwiczyłaś przez cały tydzień?

 – Chciałam koniecznie wystąpić z Absolem, skoro dzisiaj jest nasz ostatni wspólny dzień. Miałam więc tylko wczorajszy wieczór na przygotowania i musiałam wybrać coś mało skomplikowanego. 

 – Czyli jednak zamierzasz go wypuścić? – dziewczyna zapytała, niemal ze łzami w oczach. – Nie pozwolisz mi go złapać?

 – Obiecałam, że go wypuszczę. – spojrzałam na Absola, który z uśmiechem odbierał właśnie gratulacje od innych Pokemonów. – Chociaż teraz…

 – Przypatrz się. Czyż nie wygląda na szczęśliwego?

Odwróciłam się.

 – Absol! – zawołałam Pokemona, milczałam chwilę, w końcu westchnęłam. – Absol… Twój stan zdrowia znacznie się poprawił. Po starych ranach nie ma już ani jednego śladu. No, poza tym rogiem oczywiście, ale Joy powiedziała, że z czasem sam odrośnie. W związku z tym, nie mogę cię dłużej więzić. Dlatego… zwracam ci wolność.

Wycelowałam Poke Ballem w Absola. Spowił się na kilka sekund niebieskim światłem, po czym mignął kilka razy. Spróbowałam go odwołać, by sprawdzić czy wszystko zadziałało. Poke Ball nie reagował. Wyraz twarzy Pokemona ze szczęśliwego momentalnie zmienił się na smutny. Żałował tego, co zrobiłam. Bałam się, że ja też za chwilę zacznę. Teoretycznie wywiązałam się ze swojej obietnicy i Absol był teraz dzikim Pokemonem. Mogłabym go wyzwać do walki i złapać w klasyczny sposób. Wtedy już na zawsze byłby ze mną. Problemem była May. Wyszłabym w jej oczach na osobę niegodną zaufania, a nie mogłam sobie na to pozwolić. Ten Pokemon jest jej marzeniem i z trudem zaakceptowała moją decyzję o jego uwolnieniu.  

 – Chodźmy, Absol! Odprowadzę cię! – powiedziałam, po czym zaczęłam iść w kierunku drzwi.

 – Cz-czekaj! – krzyknęła May. – M-Mam pewien pomysł!

 – Mówiłam, że zdanie nie zmie…

 – Nie o to chodzi! – przerwała mi. – Pamiętasz Zespół R?

 – Jak mogłabym zapomnieć?

 – No własnie! Oni mieli tam Meowtha, prawda? Z tego co kojarzę, był on dzikim Pokemonem, który po prostu się z nimi trzymał.

 – Chyba tak. – przyznałam rację. – I co w związku z tym?

 – Nie łapiesz? Absol może zostać z nami! Nie będzie ani moim, ani twoim Pokemonem, ale będzie z nami! Jeśli uzna to za konieczne, w każdej chwili będzie mógł od nas odejść. Będzie… wolny! A przecież na tym ci zależało prawda?

Pokemon zadarł głowę i spojrzał na mnie. Wesoły wyraz jego twarzy zdradzał, że pomysł May bardzo mu się spodobał. Absol niewątpliwie przyzwyczaił się przez ten tydzień do mnie, do życia w mieście, a także do pokazów. Mało tego, te ostatnie bardzo go interesowały. Mógłby zatem być razem z nami szczęśliwy. No i ktoś dbałby o niego w nocy, nie musiałby się bać ciemności. Być może ostrzegł by nas też tym nadchodzącym zagrożeniem.

 – Absol? Chcesz z nami zamieszkać? – Pokemon kiwnął głową twierdząco, a ja zwróciłam się do May. – Nie podoba mi się to. Za bardzo zaczynamy przypominać Zespół R. Mamy swoją organizacje, swojego dzikiego Pokemona… Co będzie dalej? Jednolite uniformy? Wygłaszanie motta?

 – Skoro już o tym mówisz… – zaczęła May. – Już dawno miałam cię o to zapytać. 

 – O co?

 – Czemu ty właściwie nie masz jeszcze Mega Pierścienia, Bransolety czy czegoś podobnego? 

 – Jakoś nigdy nie było okazji by je zdobyć. – przyznałam. – Poza tym, byłam bardziej Artystką, a nie Trenerką, toteż nigdy się tym zbytnio nie interesowałam. 

 – W Hoenn Mega Ewolucje odgrywają istotną rolę w Pokazach…

 – Nawet jeśli, to wciąż nie mam Pokemona, który mógłby megaewoluować…

 – Masz Swablu! W dodatku alternatywnie ubarwionego! – uśmiechnęła się, klaszcząc w dłonie. – Jeśli ewoluujesz go w Altarię… staniesz się naturalną rywalką Lisii! 

 – Myślałam, że to ty chcesz nią być…

 – C-Co? Ja…? – May strasznie się speszyła. – S-Skąd! Nie rozmawiajmy o tym, wróćmy do ciebie! Myślę, że czas odwiedzić miasto Ever Grande!

 – A co tam jest?

 – Zobaczysz… – przygryzła wargę. – Oj, zobaczysz…


KONIEC


Spoiler

W poprzednim głosowaniu mieliśmy remis między dwiema pierwszymi opcjami. Zatem spontanicznie pojawiło się inne, czwarte rozwiązanie.

[collapse]

Na Skrzydłach Marzeń 5 – Scena 06


TOM II


CZĘŚĆ II


SCENA VI



 – Co tak cuchnie…? – zapytałam, wstając z ziemi.

Przede mną stał ogromny, śmierdzący worek na śmieci. Tak mi się przynajmniej wydawało, do czasu gdy dojrzałam, że ten worek ma ręce. Stwór zmierzył mnie wzrokiem i powiedział coś w swoim dziwnym języku. Po chwili ogarnęłam, że to Garbodor, ewolucja Trubbisha. I wtedy do mnie dotarło. Prawdopodobnie przyszedł się odegrać za to, że przestraszyłam wcześniej jego młodszego brata. Chwyciłam za torbę i zaczęłam szukać Poke Balli. Jak zwykle, w chwili gdy ich najbardziej potrzebowałam, nie mogłam ich znaleźć. Powinnam w końcu zrobić tu porządek. Teraz nie miałam jednak na to czasu, bo Pokemon już zamachnął się pięścią i gotów był mnie zaatakować. Garbodor jednak pomachał mi przed oczyma kapeluszem. To nie było to samo nakrycie głowy, które zostało wcześniej zniszczone, choć dostrzegałam łudzące podobieństwo. 

 – To dla mnie? – spytałam nieśmiało, sięgając po kapelusz. – Dz-dziękuję… i przepraszam, że wystraszyłam twojego kolegę. Poniosło mnie, nie chciałam.

Pokemon kiwnął głową na znak, że rozumie, odwrócił się i rozsiewając za sobą ohydny fetor, zaczął się oddalać. Przymierzyłam swój prezent, który w jakiś dziwny sposób, idealnie na mnie pasował. Po solidnym praniu, być może będę w nim nawet chodzić. Spojrzałam jeszcze raz na oddalającego się Garbodora i dopiero teraz spostrzegłam coś dziwnego. Pokemon pod pachą trzymał coś białego, uparcie niosąc to w sobie znanym kierunku. Zauważyłam, że pakunek musi być dość ciężki, bo mój nowy, śmieciowy przyjaciel miał poważne problemy z poruszaniem się. 

 – Hej! Zaczekaj!

Garbodor przystanął i spojrzał na mnie. Dobiegłam do niego, przyglądając się jego „paczce”. Był to Pokemon. Miał białe futerko, które jednak upstrzone było czerwonymi plamami oraz brudem. Pyszczek, pazurki oraz ogon były koloru czarno-granatowego. Głowę Pokemona przyozdabiał dziwny kształt. Na pierwszy rzut oka skojarzył mi się on z sierpem tylko, że jakby złamanym. Wyjęłam Pokedex.

 – Absol. Katastroficzny Pokemon. Kiedy wyczuje zbliżająca się katastrofę za pomocą sierpowatego rogu, opuszcza swój dom, by ostrzec ludzi przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.

Porównałam wygląd Absola przed oczami, z tym w PokeDeksie. Było tak jak się domyślałam. Ten niesiony przez Garbodora miał złamany róg. Ogólnie nie wyglądał za dobrze. Sam fakt, że był nieprzytomny bardzo mnie martwił. Miałam wrażenie, że Pokemon mógł niedawno stoczyć walkę na śmierć i życie z kimś, bądź czymś bardzo niebezpiecznym. Po efektach stwierdziłam, że tą batalię raczej przegrał. Chwila! Katastrofa? Niebezpieczeństwo? Ostrzeżenie? Spojrzałam za siebie, spodziewając się jakiegoś morza ognia, wielkiej fali czy innej klęski żywiołowej. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Przynajmniej póki co. Jednak jeśli PokeDex nie kłamię i Absol rzeczywiście chce ostrzec ludzi przed czymś strasznym, za wszelką cenę muszę dowiedzieć się o co chodzi. Najpierw jednak trzeba zadbać o tego Pokemona.

 – Garbodor, połóż go tutaj! Nie bój się, chcę mu pomóc! – Pokemon niechętnie, ale przystał na moją prośbę. – Sylveon, wybieram cię!

Przyłożyłam policzek do pyszczka Pokemona i obserwując jego klatkę piersiową, próbowałam ocenić czy oddycha. Nakazałam Sylveon również opleść go wstążkami. W ten sposób powinna móc wyczuć jego emocję, tym samym sprawdzając czy jeszcze żyje. Początkowo wpatrywała się ze smutkiem w twarz Absola, nie dając żadnego znaku. W końcu jednak uśmiechnęła się do mnie, a ja poczułam zimny oddech na swojej twarzy.

 – On żyje! – przytuliłam się do śmierdzącego Garbodora. – On żyje! Będzie dobrze, musimy mu tylko udzielić jak najszybszej pomocy! Gdzieś tu powinnam mieć jakieś lekarstwa…

Ponownie zaczęłam grzebać w torbie, w której oczywiście nigdy nic nie mogłam znaleźć. Jak prawdziwa, dorosła kobieta. Wywaliłam więc wszystko na ziemie, prosząc Sylveon i Garbodora o pomoc w szukaniu Revive’ów i Super Potionów. Ten drugi, widząc wszystko co wypadło z mojej torebki, wykrzywił się strasznie, najwyraźniej uważając, że takiego śmietnika to nawet on nie widział. Mimo pomocy Pokemonów, nie udało mi się znaleźć medykamentów. Musiałam zostawić je w domu! Akurat teraz, kiedy były mi potrzebne! Rozejrzałam się dookoła w nadziei, że znajdę kogoś, kto mógłby nam pomóc. Szybko przeanalizowałam, czy któryś z moich towarzyszy będzie mógł jakoś wyleczyć Absola. Jedynym rozwiązaniem, na które wpadłam był Swablu. 

 – Swablu, wybieram cię! – przywołałam nieogarniętego, jak zwykle, ptaka. – Swablu, tutaj! Tu jestem! Gdzie lecisz?! 

Wyciągnęłam dłonie przed siebie i nakazałam mu użycie na nich ruchu Cotton Guard. Momentalnie pokryły się one miękkim puchem, którego użyłam do obwiązania tułowia Absola. Nie był to może wybitny bandaż, ale przynajmniej zatamował w jakiś sposób krwawienie. Zrobiłam mu również posłanie z ataku Swablu, po czym wspólnie z Garbodorem ułożyliśmy go na nim. Na pewno w pozycji leżącej będzie bardziej bezpieczny, niż jakby miał być niesiony przez śmierdzącego kuriera nie wiadomo dokąd. Zamierzałam zostawić swoje Pokemony na straży, wziąć ze sobą tylko Pangoro i ruszyć na poszukiwanie pomocy. Pierwszą moją myślą była poznana niedawno Siostra Joy, jednak od Mrocznego Zaułka oddaliłam się już spory kawałek, a poza tym zaczęło świtać i pielęgniarka mogła już opuścić to miejsce. 

 – Absol, wrócę po ciebie. – ukucnęłam przy Pokemonie. – Sprowadzę pomoc, wytrzymaj jeszcze trochę…

Absol nagle otworzył niemrawo oczy i zmierzył mnie wzrokiem. Wyglądał na przerażonego. Nie miałam pojęcia czy to przeze mnie i Garbodora, czy może ta zapowiadana katastrofa tak go przestraszyła. Pokemon spróbował poruszyć głową i pisnął przeraźliwie, ponownie zamykając oczy. Dotknęłam jego pyszczka. Był rozpalony. Gdy zbliżyłam dłoń do złamanego rogu, Absol jeszcze raz pisnął. I to tak, że krew w żyłach zamarzała, a włosy na głowie stawały dęba. Zaczynałam się bać, że nie zdążę sprowadzić pomocy. Nie chciałam tego robić, ale innej opcji nie widziałam. Wyciągnęłam pustego Poke Balla…

 – To jedyne wyjście… – powiedziałam ze smutkiem do nieprzytomnego Absola. – W ten sposób istnieje szansa, że uda mi się dostarczyć cię bezpiecznie do Centrum Pokemon, zanim… Tfu! Co ja mówię?! Na pewno nam się uda! Obiecuję, że cię potem wypuszczę. Masz moje słowo…

Absol wszedł do Poke Balla, razem ze swoimi bandażami, co było dość zastanawiające. Nie miałam jednak czasu na rozmyślania. Gdy tylko usłyszałam charakterystyczny dźwięk, obwieszczający „złapanie” Pokemona, dźwignęłam się z ziemi, odwołałam wszystkie swoje Pokemony i pędem ruszyłam w kierunku miasta. Jak najszybciej chciałam dotrzeć do Centrum Pokemon. Pomachałam Garbodorowi, dziękując mu z oddali za nowy kapelusz oraz pomoc Absolowi. Odruchowo, nie wiem sama dlaczego, podałam mu również adres pensjonatu, chociaż nie sądziłam, by znał się na topografii miasta. Miałam jednak wrażenie, że Pokemonowi należą się zdecydowanie większe i bardziej hojne podziękowania. 

Gnałam na złamanie karku. Opuszczona dzielnica, znajdowała się niemal na drugim końcu miasta, do Centrum było więc dobre parę kilometrów. Nie zniechęcało mnie to jednak. Wiedziałam, że muszę pomóc Absolowi. Muszę go uratować. On przecież chciał ostrzec nas, ludzi, przed nadchodzącą katastrofą i to dlatego ucierpiał.  Jesteśmy mu coś winni. Miasto dopiero budziło się do życia, toteż ruch uliczny nie był jeszcze tak wzmożony jak w godzinach szczytu. Przystanęłam nawet na przystanku tramwajowym, by sprawdzić czy jest sposób na szybsze dostanie się do celu. Niestety najbliższy odjeżdżał dopiero za niecałą godzinę, a ja nie mogłam czekać. Po przebiegnięciu jakiegoś kilometra czy dwóch, zaczęło ogarniać mnie zmęczenie. Moje kroki stały się krótsze i wolniejsze. Przystawałam co kilka sekund na złapanie oddechu. Pomyślałam, że przydałaby się jakaś podwózka. Wtem koło mnie pojawił się dziwny, biało-czerwony Pokemon. Robiąc kolejną, kilkusekundową przerwę, zeskanowałam go PokeDeksem.

 – Latias. Legendarny Pokemon Hoenn. Potrafi latać z niewyobrażalną prędkością. Jest w stanie zrozumieć ludzką mowę. Jego ciało pokryte jest specjalnym puchem, który odbija światło, pozwalając mu na stanie się niewidzialnym.

 – N-Niewyobrażalną prędkością? – wysapałam. – P-Proszę, pomóż mi… Mam tu rannego Absola i muszę go dostarczyć do…

 – Wszystko wiem. – usłyszałam głos w swojej głowie. – Po to tu jestem.

Niezgrabnie wskoczyłam na Latias. Czułam się trochę niezręcznie. Siedziałam właśnie na Legendarnym Pokemonie, robiąc sobie z niego taksówkę. Cóż, na pewno było to hańbiące dla Latias, ale nie było czasu na wstyd. Teraz liczył się tylko Absol. Legendarny Pokemon Hoenn wzbił się w powietrze, obrócił w kierunku Centrum Pokemon  i zadzierając głowę, spojrzał na mnie.

 – Gotowa? – ponownie użył telepatii.

Rozejrzałam się na boki. Do czerwonego Pokemona dołączył jego niebieski odpowiednik. Stworki komunikowały się w jakimś dziwnym języku, a ja miałam chwilę na kolejny skan PokeDeksem, chociaż domyślałam się już co to za Pokemon.

 – Latios. Legendarny Pokemon Hoenn. Jest wysoce inteligenty. Kontrolując opór powietrza, jest w stanie latać szybciej niż nowoczesne odrzutowce. Posiada zdolność współdzielenia wzroku, przez co może przekazać innym to co widzi, bądź widział.

Dwa Legendarne Pokemony w tym samym czasie. I oba pojawiły się by pomóc mi i Absolowi, a z tego co opowiadała May, dość niechętnie pokazują się publicznie. Ukazują się tylko przed ludźmi ze współczującym sercem. Być może ich obecność spowodowana była moją chęcią uratowania Absola, ale to nie pierwszy Pokemon, którego chciałam przed czymś ocalić. Wcześniej jakoś się nie pokazywały. Dlaczego pojawiły się właśnie teraz? N-Niemożliwe… Czy to ma związek z tą katastrofą? Jest aż tak źle, że konieczna jest interwencja Legendarnych Pokemonów?

 – Gotowa! – odparłam.

Nie zdążyłam krzyknąć, a już byłam pod drzwiami Centrum. Cały lot trwał może dwie, trzy sekundy. Latias, gdy tylko zestawiła mnie na ziemię, natychmiast stał się niewidzialny i gdzieś przepadł. Zadarłam głowę do góry by wypatrzeć Latiosa, ale jego również nie widziałam. Czułam się… Właściwie nie wiedziałam jak mam się czuć. Spotkałam dwa Legendarne Pokemony i choć nasze spotkanie trwało krótką chwilę, większość ludzi nie będzie mogła nigdy pochwalić się takim doświadczeniem. Ja jednak, zamiast się cieszyć, byłam coraz bardziej zaniepokojona. Miałam przeczucie, że wkrótce w Hoenn, bądź na całym świecie, rozegrają się wielkie wydarzenia. Nie wiedziałam tylko jakie. Kluczem do zrozumienia tej zagadki był Absol, którego los spoczywał w moich rękach. Nie mogłam tego zepsuć…


Od mojej przygody w Mrocznym Zaułku Mauville minął tydzień. Powoli przyzwyczajałam się do Pangoro, nasze układy też troszkę się zmieniły. Choć w dalszym ciągu najlepiej czułam się w swoich słodkich kombinacjach, potrafiłam niemal bez problemu zastosować inny motyw, trochę bardziej mroczny. Dzięki sugestii i pomocy May, udało mi się wypracować nowy „słodko-kwaśny” styl. To ona wymyśliła ta głupią nazwę, nie ja. Mi osobiście za bardzo kojarzyło się to z jedzeniem. Przez cały ten czas nie organizowałam żadnych zajęć. Nasi podopieczni spędzili cały tydzień z May, choć część z nich podobno zaczynała się o mnie dopytywać. Musiałam im w końcu zaprezentować efekty mojego tajemniczego treningu. Zaplanowałam więc specjalny mini-pokaz na dzień jutrzejszy.

Co z Absolem? Siostra Joy okazała się nieocenioną pomocą. Mimo iż wtedy całą noc pracowała w Zaułku, gdy przybyłam do niej z rannym Pokemonem, od razu wzięła się za leczenie. Operacja trwała kilkanaście godzin, ale ostatecznie Absol wyzdrowiał. Aktualnie mieszkał razem z nami, przynajmniej do odzyskania pełnej sprawności. Zauważyłam, że dość chętnie przyglądał się naszym próbom. Nie wiedziałam tylko czy to z nudów, czy rzeczywiście miał ochotę na jakiś mały występ. Nie chciałam go jednak forsować, dlatego nawet nie proponowałam mu wspólnego treningu. Postanowiłam jednak, że jutro zaproszę go do pokazu. Będzie to taki ładny akcent na nasze pożegnanie. Obiecałam w końcu, że go wypuszczę, prawda?

Jedyna katastrofa, jaka przez te dni nam się przydarzyła, to wyjedzenie wszystkich zapasów żywnościowych pensjonatu przez Munchlaksa May. Żadnego pożaru, żadnej powodzi, żadnego trzęsienia ziemi czy ataku z obcej planety. Wszystko wydawało się być w porządku. Absol, po stracie swojego rogu, nie był w stanie wyczuwać już katastrof, dlatego nie dowiedziałyśmy się niczego konkretnego. Joy stwierdziła, że róg po jakimś czasie sam odrośnie, jednak regeneracja będzie czasochłonna. Pokemon zdawał się nie pamiętać również przed czym chciał nas ostrzec, jednak ja zauważyłam, że zachowuje się dziwnie w ciemnych pomieszczeniach, bądź w nocy. Wtedy zawsze niemal błagał mnie, bym wróciła go do Poke Balla. A był przecież typem mrocznym, więc mrok powinien mu służyć…

 – I co z nim zrobisz? – May wyrwała mnie z zamyślenia. – Już chyba całkiem wydobrzał. No, poza tym rogiem…

 – Już mówiłam. Wypuszczę go jutro, tak jak mu obiecałam.

 – Jesteś tego pewna? Przemyślałaś to dobrze? Absol to fajny Pokemon, a poza tym, wydaję mi się, że cię lubi.

 – Tak. Nawet jeśli nie będzie moim Pokemonem, wciąż będziemy przyjaciółmi, prawda?

 – A, słuchaj… – May spuściła wzrok. – Bardzo by ci przeszkadzało, jak ja bym go sobie złapała?

 – Coo?! – zdziwiłam się. – Możesz to powtórzyć? Chcesz złapać Absola zaraz po tym, jak go uwolnię?

 – Zawsze chciałam mieć Absola. Widziałam ich tyle podczas Pokazów i szczerze się przyznam, że zazdrościłam ich Trenerom… – dziewczyna posmutniała, po czym wyciągnęła coś z kieszeni. – Mam nawet to…

 – Czy to jest…? – wytrzeszczyłam oczy. – Skąd to masz?

 – Tak, to jest. Absolite. Wygrałam kiedyś w kasynie, tu niedaleko nas.

 – Nie wiedziałam, że jesteś hazardzistką…

 – Nie jestem. – May zarumieniła się. – Po prostu bardzo mi na tym zależało.

 – Niech pomyślę…

Kolejna trudna decyzja. Obiecałam wprawdzie, że wypuszczę Absola i tak powinnam zrobić, aby być w zgodzie ze swoim sumieniem. Gdy stanie się on dzikim Pokemonem, nie powinno mnie obchodzić czy ktoś go złapie, czy nie. Nawet jeśli miałaby to być moja najlepsza przyjaciółka. Z drugiej strony May miała rację. Absol rzeczywiście mnie polubił, a ponadto wykazywał pewną chęć uczestnictwa w Pokazach. Tylko jeśli zdecyduje się na zostanie ze mną i będziemy razem występować, wtedy May może krzywo na mnie patrzeć, a nawet zazdrościć mi, jak sama się do tego przyznała. Z drugiej strony, jeśli zapowiadana katastrofa naprawdę kiedyś nadejdzie, dobrze byłoby mieć Absola u swojego boku. Choć ma złamany róg, wkrótce się zregeneruje. Wtedy mógłby nas ostrzec w porę, a my moglibyśmy uprzedzić innych. Być może uratowalibyśmy tym zdrowie czy życie ludzi i Pokemonów. Co robić, co robić…?

Spoiler

Dlaczego to teraz tak wygląda? Dowiesz się tutaj!

Wybór: Głosowanie większościowe (co to jest? kliknij tutaj)

Jak zapewne można było się domyślić, następna scena będzie ostatnią w tej części. Wasz dzisiejszy wybór będzie miał większy wpływ na ewentualne kolejne części, niżeli na środową scenę. Poprzednim razem sami mieliście nadać tor biegowi wydarzeń, a powyższy tekst powstał na podstawie pomysłów komentujących o nickach Redeemed oraz Buszmenek. Im, oraz wszystkim innym, serdecznie dziękuję za sugestię! ^^

Głosowanie trwa do najbliższego niedzieli, do godz. 23:59. Następna scena pojawi się w środę.

Przypominamy  PBF-ie „Na Skrzydłach Marzeń”! Więcej info tutaj!

[collapse]

Na Skrzydłach Marzeń 5 – Scena 05


TOM II


CZĘŚĆ II


SCENA V



 – G-G-Goryl?!

 – Pangoro. Onieśmielający Pokemon. Typ walcząco-mroczny. – odezwał się PokeDex. – Ten wojowniczy Pokemon uwielbia chwalić się swoją siłą i nie stroni od walki. Jest jednak niezwykle oddany i łagodny wobec swoich kompanów. Żywiołowy tryb życia Pangoro często inspiruje jego Trenerów.

Pokemon ryczał i uderzał się w pierś jeszcze jakiś czas po ewolucji. Podeszłam do niego bliżej, uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Z małego i wesołego Panchama zmienił się w wielkiego i groźnego Pangoro. Nie wiedziałam jak powinnam zareagować. Podczas jego przemiany biłam się z myślami. Połowa mnie chciała jego ewolucji, a połowa wprost przeciwnie. Bałam się, że zmieni się jego charakter, który przecież tak bardzo polubiłam. Wystraszyłam się, że nie poradzę sobie z takim Pokemonem, który przecież uosabiał wyglądem dwa typy, niepasujące na pierwszy rzut oka do mojej osoby. Najbardziej przerażało mnie jednak to, że mogę go zawieść i nie spełnić jego oczekiwań. Gdy otoczył się światłem ewolucji, powiedziałam po cichu, „Pancham kocham cię takiego, jakim jesteś, ale też ufam ci bezgranicznie. Dlatego wybór zostawiam tobie, bo sama podjąć go nie potrafię…”

Koniec końców, Pokemon zdecydował się na ewolucję. Teraz gdy wpatrywał się nieustannie w Conkeldurra i Machampa, a moją obecność totalnie ignorował poczułam, że mógł to być błąd. Nie odzywałam się, nie próbowałam siłą zwrócić na mnie jego uwagi. Ciekawiło mnie jego zachowanie. Co teraz zrobi? Rozpędzi się i rzuci na Pokemony Bruna i Marshala? Pozna mnie? Nie pozna mnie? Zauważy mnie w ogóle? Teraz po ewolucji miał gdzieś ponad dwa metry, więc był ode mnie o wiele wyższy. Sam jego wzrost zaczął mnie przerażać…

W końcu spojrzał na mnie spod byka. Przełożył źdźbło z jednej strony buzi na drugą. Wpatrywał się we mnie przez dłuższy czas, a następnie odwrócił się w moją stronę i uniósł rękę. Nie wiedziałam co chcę zrobić… Na domiar złego, akurat w tym właśnie momencie, musiał przypomnieć mi się Lucario Korriny, który nie potrafił kontrolować swojej Mega Ewolucji. Stłumiłam pisk. Pancham… nie, Pangoro przykląkł na jedno kolano i… objął mnie. Zrobiłam to samo. Jego futerko było tak przyjemne w dotyku. Zatopiłam w nim twarz, ściskając Pokemona z całej siły. W moich oczach zakręciły się łzy. Po chwili zorientowałam się, że właściwie nie czuję żadnej różnicy w tuleniu się do Pangoro, a Panchama. Oczywiście oprócz tego, że ten pierwszy był zdecydowanie większy.

 – Pancham… – zwróciłam się do Pokemona. – J-Jesteś tam?

Pokemon uśmiechnął się i uniósł mnie na ręce, tak jak ja go kiedyś unosiłam. Zakręcił się ze mną kilka razy, a następnie odstawił mnie na ziemię i nakazał się odsunąć twierdząc, że ma jeszcze pewne sprawy do załatwienia. Stanęłam na miejscu przeznaczonym dla Trenera i patrzyłam co on wykombinuje. Pangoro stał bez ruchu przez jakiś czas, nie wykonywał żadnego ataku, nie szarżował na swoich przeciwników. Po prostu stał i czekał. Po chwili ciszy odwrócił się w moją stronę i rzucił mi wymowne spojrzenie.

 – Czekasz… na moje komendy? – zapytałam, uśmiechając się lekko.

Pangoro kiwnął głową.

 – D-Dobrze! – wzięłam się w końcu w garść. – Pangoro! Musisz teraz uważać! Nabyłeś typ mroczny, dlatego walczące ataki tych Pokemonów będą dla ciebie groźniejsze! Arm Thrust!

Imponujące pieści Pangoro błysnęły metalicznym światłem, a chwilę potem pokryły się najprawdziwszą stalą. Pokemon zerwał się błyskawicznie z miejsca. Nie sądziłam, że potrafi być tak szybki. Biegnąc w kierunku swoich przeciwników zostawiał za sobą srebrzystą smugę, a w mojej głowie już pojawił się pomysł na kombinacje wykorzystującą ten efekt. Gdy znalazł się przy Machampie i Conkeldurrze zadał im ciosy, zanim ci w ogóle zdążyli złożyć gardę.

 – B-Bullet Punch? – zapytał Bruno Marshala. 

 – Ta. Z tego co się orientuje, Pangoro uczy się tego zaraz po ewolucji.

Mężczyźni popatrzyli na siebie zdumieni. Następnie zaczęli szeptać i wymieniać między sobą spostrzeżenia. Ich Pokemony stały w oczekiwaniu na rozkazy. Ja również nie zamierzałam atakować. Widać było, że ta niespodziewana dyskusja jest dla nich bardzo ważna. Po chwili obaj uśmiechnęli się i uścisnęli sobie nawzajem ręce.

 – Machamp, wracaj!

 – Conkeldurr, dobrze się spisałeś!

 – Czemu? – nic z tego nie rozumiałam. – Czemu się wycofujecie? Nie skończyliśmy jeszcze naszej walki! Pangoro wciąż chce walczyć!

 – Mała Sereno… – zaśmiał się Bruno. – Byliśmy dziś świadkami narodzin prawdziwego wojownika! To całe czcze kazanie, które ci wygłosiłem gdy tu przyszłaś, było wyssane z palca i praktycznie pozbawione sensu. Do czasu. To ty nadałaś go moim słowom. To ty pokazałaś mi jak rodzą się wojownicy, choć w sumie nie wyglądało to tak, jakbym się tego spodziewał…

 – To zaufanie, którym darzyłaś Panchama, a on darzył ciebie… – kontynuował dalej Marshal. – …jest jego najsilniejszą bronią. Nie chcemy się chwalić, ale walczyłaś przeciwko dwóm najbardziej doświadczonym Trenerom walczących Pokemonów na świecie. Choć na początku obaj dawaliśmy ci fory, dzięki zastosowaniu tej sprytnej pokazowej taktyki, zepchnęłaś nas pod ścianę. Sprawiłaś, że musieliśmy wziąć cię na serio. 

 – Najbardziej zaimponował nam jednak sposób w jaki potraktowałaś Panchama. – zauważył Bruno. – Zwykle gdy Pokemon ewoluuje, jego Trener bardzo się cieszy, a sam moment przemiany jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie towarzyszą życiu Trenera. Ty zaś byłaś… zakłopotana. Widać było, że bardziej od swojego widzimisię, cenisz sobie szczęście Pokemona i jesteś gotowa porzucić dla niego swoje marzenia. Potwierdza to fakt, że uśmiechnęłaś się dopiero wtedy, gdy Pangoro dał znak, ze czeka na twoje komendy. 

 – Ta. I nie rozpamiętuj już tego. – Marshal podszedł do Pangoro i uścisnął mu łapę. – Zmiana jest nieodzownym elementem życia. Jakby każdy podchodził do niej tak jak ty, świat byłby lepszym miejscem. A nasz rewanż… – Mężczyzna zwrócił się do Bruna. – …rozegramy jak będziesz kiedyś w Unovie! Możesz potraktować to jak zaproszenie!

 – Dz-Dziękuję! Dziękuję za wspaniałą walkę, gościnę i lekcje, której się od was nauczyłam! – ukłoniłam się i wypuściłam pozostałe Pokemony. – Braixen, Sylveon, Swablu, wychodźcie!

Pokemony spojrzały na Pangoro ze zdumieniem. Początkowo zachowywały dystans. Jako pierwszy odważył się Swablu, który wylądował na ramieniu swojego większego kolegi. Ćwierkając mu wesoło nad uchem, próbował skubnąć mu z zębów kawałek roślinki. Pangoro chwycił go w ręce i postawił na ziemi, a następnie zrywając kępkę trawy, zaoferował mu ją. Zadowolony Swablu zjadł zieleninę ze smakiem. Sylveon była druga. Podeszła do niedawnego Panchama, obchodząc go na około. Nieśmiało chwyciła go wstążkami za łapę, a następnie zaczęło wokół niego radośnie skakać, gratulując mu ewolucji. Ostatnia była Braixen. Nie dlatego, że się bała. Znała Panchama najdłużej i ufała mu prawdopodobnie w takim samym stopniu jak ja. Podchodząc do niego ukłoniła się, wyrażając w ten sposób swój podziw. Pangoro przykląkł i pokazał jej zaciśniętą pięść, mówiąc coś w swoim języku. Braixen zamyśliła się, wyciągnęła z ogona kijek i przyłożyła do pięści mrocznego Pokemona, a następnie zawołała Swablu i Sylveon, które dołożyły do uścisku puchate skrzydło i różową łapkę. Pokemony spojrzały wymownie w moją stronę. Podbiegłam do nich z wielką radością. Dołożyłam swoją dłoń, odliczyłam od trzech do zera i wszyscy razem wyskoczyliśmy w powietrze, najwyżej jak umieliśmy. Dla innych byłby to być może tylko głupi gest, jednak ja czułam się po nim szczęśliwa jak małe dziecko. Było to dla mnie jak odnowienie przysięgi, którą złożyliśmy sobie kiedyś w Kalos.

 – Zbierajmy się! – odparłam, spostrzegając pierwsze promienie wschodzącego słońca. – To była długa i ciężka noc. Zasłużyliśmy na odpoczynek.

Opuszczając Mroczny Zaułek Mauville postanowiłam kupić sobie jeszcze jakąś kawę w automacie, by nie zasnąć po drodze. Pijąc gorzki napój rozmyślałam o tym, co się wydarzyło tej nocy. Przyszłam tutaj z zamiarem zdobycia nowego Pokemona oraz by poszerzyć swoje horyzonty. To pierwsze w pewnym stopniu mi się udało. Pancham ewoluował w Pangoro, który był typem walcząco-mrocznym, czyli dokładnie takim, jaki sobie wymarzyłam. Najważniejsze jednak było to, że Pokemon nie zmienił istotnie swojego charakteru. Pod tym grubym futrem i silnymi mięśniami, wciąż był moim małym, słodkim Panchamem. Co do tego drugiego celu, też w pewnym stopniu go zrealizowałam. Byłam świadkiem rzeczy, których wolałabym nie widzieć, zobaczyłam coś, czego teraz odzobaczyć się nie da. Walczyłam też z dwójką mistrzów z Kanto i Unovy. I to na raz. Stara Serena na pewno by tego nie zrobiła, pomyślałam. Im dłużej jednak zastanawiałam się nad tą myślą, wydawała mi się ona skrajnie głupia. Nie przeszłam w końcu jakiejś wielkiej metamorfozy, nie jestem kimś innym niż wczoraj. Serena jest tylko jedna, nie ma starej i nowej. Po prostu doświadczyłam nowych rzeczy, dzięki którym będę mogła mieć teraz pełniejsze spojrzenie na świat, choć Pangoro niewątpliwie zapewnia mi dostęp do nowych, pokazowych kombinacji. A ponadto…

Nagle w coś buchnęłam. Jęknęłam z bólu i dźwignęłam się z ziemi, spoglądając na przeszkodę z którą się zderzyłam. Był/a to …………. , który/a ………………………………………………………………. .

Spoiler

Dlaczego to teraz tak wygląda? Dowiesz się tutaj!

Wybór: Wolny wybór (co to jest? kliknij tutaj)

Wypełniamy miejsca zaznaczone różowymi kropkami, czyli: „Był/a to …………. , który/a ………………………………………………………………. .” W pierwszej luce wpisujemy postać/Pokemona/cokolwiek innego, zaś w drugiej jakąś czynność, którą ten ktoś/coś robił. Pomysły umieszczajcie w komentarzach, a któryś z nich na pewno zostanie rozwinięty ^^

Na propozycje czekamy do wtorku, do godz. 23:59. Następna scena pojawi się w (chyba) czwartek.

Przypominamy o naszym PBF-ie „Na Skrzydłach Marzeń”, w którym możecie wcielić się w członka Zespołu SM i wziąć udział w przygodach razem z Sereną i May! Więcej info tutaj!

[collapse]

Na Skrzydłach Marzeń 5 – Scena 04


TOM II


CZĘŚĆ II


SCENA IV



 – Tak! Jestem pewna! – krzyknęłam po raz kolejny. – I powtarzam ponownie, nie traktujcie tego jak walki! Chcę coś po prostu sprawdzić!

 – Z-Zgoda… – pierwszy z osłupienia wyrwał się Bruno. – Twój Pancham jest całkiem silny, ale nie sądzę byś dała radę nam obu…

 – Hmph! – parsknął Marshal. – Przybyłem tutaj pokonać Bruno, a nie walczyć z nim ramię w ramię, ale niech ci będzie. Zaciekawiłaś mnie swoją decyzją…

Westchnęłam. Ciężko było przekonać tą dwójkę by sprzymierzyli się i walczyli przeciwko mnie. Ich niedowierzanie było bardzo irytujące. Czyżby wstydzili się, że dwóch… „prawdziwych wojowników”, wyzywa mała, wątła dziewczyna? Zresztą, tak jak im wspominałam kilkukrotnie, to nie miała być standardowa walka. Musiałam wypróbować mój nowy pomysł w praktyce, a wielkie i masywne walczące Pokemony były do tego idealnym celem. W trosce o dojo Bruna, musiałam ubłagać ich byśmy stoczyli ten pojedynek na zewnątrz, a nie tak jak oni chcieli, na ringu bokserskim. Niby istniała między nimi jakaś rywalizacja i różnica w poglądzie na treningu Pokemonów, ale obaj byli tak samo uparci, niczym blokujący drogę Snorlax.

 – Pancham… – zwróciłam się do Pokemona. – Przed chwilą walczyłeś z Machampem, teraz będziesz musiał to powtórzyć…

Pokemon oparł ręce na biodrach i kiwnął potwierdzająco głową. Emanowała od niego olbrzymia odwaga oraz duma z nowo nauczonego ataku. Stanął przede mną, rzucił wyzywające spojrzenie w kierunku Bruna i nakazał mu przywołanie Machampa.

 – To jednak nie wszystko… – kontynuowałam. – Będziesz musiał walczyć też z Conkeldurrem Marshala… W tym samym czasie…

Pancham posmutniał trochę. Nie wiedziałam czy to ze strachu lub niepewności, czy po prostu z czystej niechęci do walki z członkiem Elitarnej Czwórki Unovy. Wiedziałam bowiem, że Marshal okropnie mu zaimponował. Pokemon spojrzał na mnie, pomyślał chwilę, po czym z uśmiechem przystał na mój pomysł, choć wiedziałam, że nie za bardzo mu się podoba.

 – Jest jeszcze coś… – Pancham przeraził się perspektywy walki z trzema Pokemonami. – Nie, nie. Nie będzie trzeciego przeciwnika, ale… Tą walkę musisz stoczyć sam. Ty jeden przeciwniko Machampowi i Conkeldurrowi. Przynajmniej przez jakiś czas…

Pokemon wytrzeszczył oczy. Tego się najprawdopodobniej nie spodziewał. Myślał, że będzie to starcie dwóch na dwóch. Być może liczył na pomoc Braixen albo Sylveon, a ja pozbawiłam go złudzeń. Musiałam jednak coś przetestować…

 – Pancham! Nie było cię wtedy jeszcze z nami, więc nie będziesz wiedział o czym mówię. Gdy Ash walczył o swoją trzecią Odznakę w Shalour ubzdurał sobie pewną dziwną taktykę, która oczywiście mu nie wyszła, bo się do tego kompletnie nie nadawał, ale jeśli ją odpowiednio zmodyfikujemy…

 – Hej, hej! – warknął Marshal. – Walczymy czy gadamy?!

 – Nie popędzaj dziewczyny! – skarcił go Bruno. – Przygotowanie mentalnie jest bardzo ważne!

 – Hmph! A co ty możesz o tym wiedzieć?!

 – Już, już! – westchnęłam. – Jestem gotowa!

Wyjście z tą walką na zewnątrz działało no moją korzyść. Był środek nocy, toteż wszędzie było ciemno. Podwórko przed dojo Bruna było słabo oświetlone, a mój Pancham miał maskujące kolory. To w połączeniu z jego niewielkimi rozmiarami oraz szybkością, dawało nam niewielką przewagę. Chociaż wątpiłam by Pokemony moich przeciwników aż tak bardzo polegały na zmyśle wzroku. 

 – Pancham! Wybieram cię!

 – Machamp, pokaż wszystkim swoje bicepsy!

 – Wychodź, Conkeldurr! Tylko nie błaznuj tak jak ten pajac…

Conkeldurr i Machamp zwarli się w bokserskim uścisku i gotowi byli do okładania się po buziach. Widać było, że walczyli ze sobą przynajmniej kilka razy i byli swoistymi rywalami. Zanim Marshal i Bruno przemówili im do rozsądku i wyjaśnili w czym rzecz, miałam chwilę na przemyślenie swojej taktyki. Już wcześniej udało mi się rozgryźć ruchy Machampa. Szybko zrozumiałam, że największa zaleta czwororękiego Pokemona jest również jego wadą. Obie pary rąk przeszkadzały sobie nawzajem. Gdy Pokemon wykonał cios dolną parą łapsk, istniały wolne miejsca, w które nie mógł dosięgnąć już górną. To dawało pewną przestrzeń do manewrów i uników. Gorzej było z Conkeldurrem, którego właściwie nie znałam i nie wiedziałam jak zareagować. Uderzenie tymi kamiennymi filarami na pewno musiało boleć, choć sam zamach wymaga pewnie sporo miejsca.

 – Zaczynajmy! – wrzasnęłam w końcu. – Pancham! Musisz trzymać się jak najbliżej przeciwników! Im mniejsza odległość będzie was dzielić, tym bezpieczniej będzie ci walczyć!

Pancham spojrzał na mnie jak na wariatkę, potem popatrzył na przeciwników, pomyślał trochę, przeanalizował i przyznał mi rację. Następnie rozpędził się, by jak najszybciej dotrzeć do rywali.

 – Conkeldurr! – zagrzmiał Marshal. – Rzuć w niego!

Ogromny Pokemon wbił jeden z filarów w ziemię, a drugi uniósł nad głowę i z wielką lekkością cisnął nim pod nogi Panchama. Podwórze zanurzyło się w tumanach kurzu.

 – Pancham, skacz! 

 – Machamp, złap go! – Pokemon wynurzył się z kłębów dymu. – Circle Throw!

Partner Bruna chwycił Panchama za głowę, a następnie cisnął nim w kierunku Conkeldurra. Ten z kolei chwycił drugi z filarów i zamachnął się, jakby grał właśnie w PokéGolfa, przymierzając uderzenie w Panchama, który z kolei świsnął mu tylko przed oczami, wymijając kamienny „kij” niedoszłego golfisty. Najwyraźniej mrok działał jednak na moją korzyść. 

 – Świetnie, Pancham! – pochwaliłam go. – Teraz podbiegnij do Machampa, zmuś go do wysiłku i wytęż słuch! 

W tym momencie zaczęłam wybijać w dłoniach rytm. Pancham całkiem nieźle radził sobie z unikami Dual Chopów Machampa, miał już bowiem z tym doświadczenie, ale gdy w końcu zestroiłam swoje klaskanie i udało mi się opracować takt, odpowiadający uderzeniom Machampa, Pancham stał się nieuchwytny. Klaśnięcie w dłonie oznaczało nadciągający cios, a cisza szansę na wyprowadzenie kontrataku. Po kilku chwilach, mój Pokemon nauczył się tego rytmu na pamięć i unikał niemal wszystkich ciosów, a w każdej wolnej luce atakował Arm Thrustem.

 – To jeszcze nie wszystko! – krzyknęłam dumna z siebie, widząc Conkeldurra ruszającego z odsieczą Machampowi. – Pancham, Parting Shot!

Pancham wspiął się na swojego przeciwnika, serwując mu po drodze kilka lekkich ciosów, ale za to w czułe miejsca, w pachwinę, w brzuch czy pod żebra. Będąc już na głowie Machampa odskoczył w przeciwną stronę, pokazując mu język. Następnie zniknął w blasku różowawego światła i wrócił do swojego Poke Balla. Jego miejsce zajęła Sylveon i właśnie tu był problem. Pokemon pojawił się dokładnie w tym samym miejscu z którego znikł Pancham, czyli wprost pod uderzeniem rozwścieczonego Conkeldurra. Sylveon oberwała kamiennym filarem, który wgniótł ją w ziemie, aż zapiszczała z bólu.

 – Sylveon! Sylveon?! – wrzasnęłam zrozpaczona. – Sylveon, jesteś cała?!

Pokemon powoli podniósł się z ziemi i ledwo stojąc na nogach zasygnalizował, że jest gotów na ataku. Niestety nie dane było jej go wyprowadzić. Rozwścieczony Machamp buchnął w nią i potężnym Low Kickiem posłał ją w moją stronę. Dobiegłam do niej, próbując ocenić jej stan. Wyglądała na wycieńczoną, ale gdy chciałam wrócić ją do Poke Balla, ta odmówiła. Wtem wpadł mi do głowy pewien pomysł. Skoro nowy Pokemon, po użyciu Parting Shota, pojawia się dokładnie w tym samym miejscu, można to będzie wykorzystać.

 – Sylveon, mam pewien plan. – odparłam z uśmiechem, biorąc ją na ręce i sadzając obok siebie. – Odpocznij chwilę, ale obserwuj uważnie Panchama. Ze wszystkich moich Pokemonów, tylko ty będziesz w stanie to zrozumieć. 

Zaciekawiony Pokemon przekręcił pyszczkiem, a następnie usiadł obok mnie i oplótł moją rękę wstążką. To mogło się udać! Sylveony odczytują emocje Trenerów jeśli są z nimi połączeni, a o to mi właśnie chodziło. Uśmiechnęłam się do niej raz jeszcze, po czym ponownie wybrałam Panchama.

 – Pancham! Powtórka z rozrywki! – zakomunikowałam. – Tym razem skupmy się na Conkeldurrze!

Pokemon przytaknął i w mgnieniu oka znalazł się przy przeciwniku, a ja ponownie zaczęłam wybijać rytm. Ruchy Conkeldurra było ciężej przewidzieć, wbrew pozorom. Pokemon atakował wolniej, ale za to z większą siłą, często też zmieniał kierunek ataku. Pancham miał z nim dużo większe problemy. Jego filary były dużo większe niż pięści Machampa, dlatego uniki musiały być wyprowadzane zdecydowanie wcześniej. 

 – Conkeldurr! – warknął Marshal. – Przestań się z nim bawić! Kończmy to! Focus Punch!

 – Machamp! – zawtórował Bruno. – To my musimy zadać ostatni cios! Dual Chop!

 – Sylveon, wiesz już o co chodzi? – kiwnęła głową, a ja odwołałam ją do Poke Balla.

Conkeldurr cofnął się o krok, odrzucił swoje kamienne filary i zaczął gromadzić energię w swojej pięści. W tym samym czasie na Panchama szarżował Machamp, zasypując go gradem dzikich ciosów. Wiedziałam, że Focus Punch będzie wymagał chwili na naładowanie się, więc ponownie zaczęłam wyklaskiwać rytm, a Pancham przystąpił do swojego cudacznego tańca.

 – Pancham, teraz! Parting Shot!

Pokemon, nie przerywając swoich ruchów, znikł w różowym świetle i wrócił do mnie. W dokładnie tym samym miejscu znów pojawiła się Sylveon, z jedną zasadniczą różnicą. Od razu była w ruchu. Przejście z Panchama do Sylveon było płynne. Wyglądało to tak, jakby Sylveon kontynuowała taniec Panchama. Znajdując się pomiędzy Machampem, a Conkeldurrem po prostu wbiegła w tego pierwszego. Dual Chop Pokemona Bruna dosłownie odbijał się od Sylveon, która oplotła go wstążkami za barki, skoczyła i wylądowała tuż za nim, robiąc sobie z niego żywą tarczę przed Focus Punchem Conkeldurra.

 – Co ty wyprawiasz, kretynie?! – przejął się Bruno. – Jesteśmy w jednym zespole!

 – To ja kazałem atakować smoczym atakiem typ baśniowy? – zadrwił Marshal. – A no tak, zapomniałem. Wielki Bruno nie przywykł jeszcze do istnienia tego typu!

 – Przepraszam, że przerywam, ale… – skupiłam na nich swoją uwagę. – Sylveon! Hyper Voice!

 – Hyper Voice? – zapytał Mistrz z Kanto. – Ten atak typu normalnego?

 – Nic nam nie zrobi, chyba, że…

 – Tak! Dokładnie! „Chyba, że”! Hyper Voice mojej Sylveon jest typu baśniowego…

Nie skończyłam mówić, gdy nagle rozbrzmiała piękna, żywa i skoczna melodia. Zaczęłam przytupywać nawet nogą w jej rytm. Choć była trochę ckliwa i zbyt urocza, całkiem mi się podobała.

 – Co to za dziadostwo…?! – Bruno i Machamp zakryli uszy.

 – Aach! Takiego czegoś mogą tylko słuchać zakochane nastolatki! – głos Marshala był ledwie słyszalny. – Conkeldurr! Conkeldurr, słyszysz? Zrób coś! Wal filarami w ziemie!

Pokemon, który również nie gustował w takim typie muzyki, z wielkim trudem chwycił za swoją kamienną broń i zaczął uderzać nią w podłoże. Zrobił się przy tym straszny hałas, który w jakimś stopniu zagłuszył Hyper Voice Sylveon. Nie przejęłam się jednak i odwołałam moją partnerkę. 

 – Pancham, wychodź! – krzyknęłam radośnie. – Pancham! Pora to kończyć! Teraz wyobraź sobie, że to nie walka! To pokaz!

Pokemon kiwnął głową. 

 – W takim razie… otocz całą przestrzeń Stone Edgem! 

Pancham przyłożył jedną z łapek do ziemi i biegnąc po obwodzie koła, wytworzył kilkanaście olbrzymich kamieni, które szczelnie oplotły podwórze. Pokemon, dumny z siebie, wyzywająco spojrzał w oczy swoich przeciwników. 

 – Pancham! – zwołałam go. – Chodź tutaj!

Pokemon rozpędził się w moją stroną, a ja złożyłam dłonie. Gdy dobiegł, wskoczył na nie i pomogłam mu wzbić się w powietrze. 

 – Dark Pulse! Wyrzuć pierścienie na każdy z kamieni!

Pancham doskonale wiedział co zrobić i w kilka chwil na każdym skalnym ostrzu, wytworzonym przez Stone Edge, wisiał czarny pierścień. Przypominało to trochę zabawę dla dzieci, nie mniej jednak wyglądało bardzo efektownie, a to był dopiero początek. Istotną rzeczą w pokazach są kombinacje, których istnieje niezliczona ilość, dlatego tak bardzo mi się one podobają. Każdy Koordynator może wyrazić przez nie samego siebie. Ich wizualne efekty mogą być niezwykle zjawiskowe, a dwie takie same kombinacje nie istnieją. Można zatem powiedzieć, że praca Koordynatora przypomina trochę malowanie obrazu, a ja zamierzam własnie zamalować wszystko na czarno.

 – Teraz! – zawołałam, a Pancham zawył entuzjastycznie.

Mroczne pierścienie zaczęły się roztapiać, przekazując swoją czarnofioletową barwę do kamiennych ostrzy. Te natomiast zaczęły rosnąć wyżej i wyżej, a ich kontury kompletnie się rozmyły. Po chwili z połączenia Dark Pulse’a i Stone Edge’a powstał czarny puch, który zwalił się na ziemię i rozprzestrzenił po otoczeniu. Naszą małą arenę walki opanował totalny mrok. Nie była to zwykła ciemność, jaka panuje w nocy. Przypominała bardziej nicość, jakąś czarną dziurę. Czułam się jakbym unosiła się właśnie w jakiejś przestrzeni kosmicznej, pozbawionej gwiazd czy planet.

 – Co się dzieje, Machamp?! – spanikował lekko Bruno. – Nic nie widzę! Jesteś w stanie coś dostrzec?

 – Conkeldurr, nie przejmuj się tym! Skup się na dźwiękach! 

 – Pancham? – zapytałam. – W-Widzisz coś?

Pokemon potwierdził, a ja poczułam, że stoi tuż obok mnie. Zastanawiałam się jak to jest możliwe. Jego ewolucja była wprawdzie typem mrocznym i być może to przez to mógł dostrzec swoich przeciwników w tej nieprzeniknionej ciemności. 

 – Idź… – szepnęłam. – Podręcz ich trochę!

Usłyszałam cichy śmiech Pokemona. Kilka sekund później powietrze wypełnił odgłos ciosu, a następnie jęk Machampa. Po chwili dołączył do niego Conkeldurr, który najwyraźniej upuścił sobie filar na nogę. Pokemon Bruna ryknął, zamachnął się i przywalił w coś pięścią. Odpowiedzią na to był odgłos trzaskanego kamienia. 

 – Machamp, Dual Chop w Panchama!

 – Conkeldurr, nie stój tak! Seissmic Toss!

 – Pancham, uważaj!

Usłyszałam głos swojego Pokemona… tuż koło siebie. Za chwilę coś pociągnęło mnie za ubranie. Wytrzeszczyłam oczy, choć nic nie widziałam.

 – Pancham… – syknęłam. – To ty jesteś tutaj? To znaczy, ze oni… Jeszcze sobie coś zrobią!

Pokemon zarechotał wesoło, w ogóle nie myśląc o tym, by ich powstrzymać. Zanotowałam ledwie słyszalny szept. Najwidoczniej Bruno i Marshal próbowali obmyślić jakąś sprytną taktykę. Powinni chyba zrobić coś z tą ciemnością w pierwszym rzędzie, jednak nie sądziłam aby dali radę. Gdyby posiadali jakieś elektryczne, może psychiczne Pokemony, mieliby jakąś szansę, a tak to tylko…

 – Machamp! – usłyszałam nagle Bruna. – Fire Punch w Conkeldurra!

 – Conkeldurr! – tym razem to był głos Marshala. – Fire Punch w Machampa!

Pokemony wymieniły ciosy. Było to dla mnie niezrozumiałe. Czemu ranili siebie? Na pewno istniała w tym gdzieś jakaś logika, nie znałam się za bardzo na typowo walczących Pokemonach. Pancham zaśmiał się jeszcze głośniej, nie wiedział bowiem co go czeka. Zarówno Machamp jak i Conkeldurr rozświetlili się na czerwono, a ich skóra zmieniła barwę, zupełnie jakby płonęła. Wydawało mi się też, że stali się więksi. O dziwo, Pokemony nic nie robiły sobie z poparzenia. No tak! Podobny efekt zauważyłam przecież już wcześniej. Blask bijący od Pokemonów rozświetlił postacie Trenerów.

 – Prawdziwy wojownik… – zaczął Bruno.

 – …rodzi się wśród bólu, łez i zgrzytania zębów! – dokończył Marshal.

 – C-Co się stało?!

Mężczyźni zarechotali.

 – Guts to Zdolność naszych Pokemonów!

 – Będąc w tarapatach, takich jak paraliż czy podpalenie, stają się dużo silniejsi!

 – A towarzyszy temu właśnie ta ognista aura!

 – Jest to efekt uboczny, ale jak widzisz, tym razem się przydał!

 – Machamp, widzisz swój cel?

Pokemon kiwnął głową i ruszył w kierunku Panchama, który wybiegł mu na przeciw. Conkeldurr również nie próżnował i ciskając oba filary w Panchama, rzucił się do ataku. Pancham zręcznie uniknął pierwszego kamienia, natomiast drugi go przygniótł. Choć zdołał spod niego wypełznąć, tuż nad nim znalazł się Machamp, który wymierzył potężny Dual Chop, pozbawiając Panchama ledwo odzyskanej równowagi. Następnie dopadł do niego Pokemon Marshala i przytrzymując go jedną ręką, drugą obijał mu głowę Wake-Up Slapem, następnie odrzucił Panchama w moją stronę. Podbiegłam do niego. Otworzył oczy. Chciałam się spytać, czy da radę dalej walczyć, ale on sam dzielnie wstał, zmierzył przeciwników wzrokiem i ponownie na nich ruszył. Zauważając, że mrok zaczyna rzednąć, dźwignęłam się z ziemi i zaczęłam wybijać znajomy rytm. Wszystko szło dobrze zaledwie przez kilka sekund. Wycieńczony Pancham pogubił się w unikach, wpadając na Fire Punch Conkeldura i Cross Chop Machampa.

 – Świetnie, Conkeldurr! – zawył Marshal, imitując ruchy swojego Pokemona. – Skończmy to! Dynamic Punch!

 – P-Pancham! P-Parting Shot! 

Pokemon nie reagował. Leżąc na ziemi, beznamiętnie wpatrywał się w lecącą pięść przeciwnika. Gdy ta w niego gruchnęła, runął twarzą o piasek. I przestał się ruszać. Czym prędzej dopadłam do niego i ukucnęłam, przepychając się przez Walczące Pokemony. Gdy dotknęłam ręką jego głowy wydawał mi się taki zimny. Potrząsnęłam nim lekko. Zero reakcji.

 – Siostrę Joy! Zawołajcie mi Siostrę Joy!

 – J-Już pędzę! – zaniepokoił się Bruno.

 – Ja pójdę! – zaoferował Marshal. – Ty znajdź jakieś medykamenty! Na pewno masz ich tu trochę!

 – P-Poczekajcie… – zawróciłam ich.

Z otoczeniem zaczęło dziać się coś dziwnego. Rzedniejący mrok nagle ponownie zgęstniał i zaczął gromadzić się przy Panchamie. Czarnofioletowy puch kłębił się wokół mojego Pokemona i napierał na niego ze wszystkich stron. Pancham drgnął lekko. Poczułam na swojej twarzy przebijające się promienie poranka. Nie wiedziałam czy to przez to, ale z jakiegoś powodu wstąpiła we mnie nowa nadzieja. Pokemon ponownie drgnął, tym razem próbował nawet wspiąć się na łapki.

 – P-Pancham! – krzyknęłam uradowana i pomogłam mu wstać.

Stanął niemrawo na dwóch nogach, rozejrzał się po okolicy, w końcu zawieszając swe oczy na mnie. Mroczny energia, która się wokół niego zgromadziła, zmieniła kolor na krystalicznie biały. Pancham uśmiechnął się do mnie i puścił oczko. Następnie, spojrzawszy na Machampa i Conkeldurra, uniósł wzrok ku górze i zaczął uderzać łapami w swoja pierś, rycząc przy tym jak jakieś ogromne monstrum. W końcu cały się rozświetlił…

 – P-Pancham… – w moich oczach pojawiły się łzy. – Czy ty…

 – Czy on…

 – …ewoluuje?

Zabrakło mi tchu. Nie wiedziałam co mam myśleć. Dla mojej głupiej zachcianki posiadania mrocznego Pokemona, mój Pancham gotów był się poświęcić… Doskonale wiedziałam jak wygląda jego ewolucja i rzeczywiście, była typem mrocznym. Mroczno-walczącym dokładniej. Tylko czy… czy to na pewno fair? Czy Pancham naprawdę chcę tej ewolucji? Czy robi to sam z siebie czy tylko dla mnie? Pancham jest uroczym Pokemonem, a jego wdzięk i charyzma rozbójnika, często przydawały mi się w Pokazach. Jako Pangoro będzie inny… Jednak wciąż będzie moim Pokemonem, ukochanym partnerem…

Jeśli chcę zatrzymać ewolucję mam tylko jedną szansę i muszę zrobić to teraz. Czas posłuchać swojego serca. Czas podjąć decyzję…

Spoiler

Dlaczego to teraz tak wygląda? Dowiesz się tutaj!

Wybór: Głosowanie większościowe (co to jest? kliknij tutaj)

Głosowanie trwa do najbliższego czwartku, do godz. 23:59. Następna scena pojawi się w niedzielę.

Przypominamy o startującym niedługo PBF-ie „Na Skrzydłach Marzeń”! Więcej info tutaj!

[collapse]

Na Skrzydłach Marzeń 5 – Scena 03


TOM II


CZĘŚĆ II


SCENA III



 – Jak ci idzie, Pancham? – zapytałam Pokemona. – Rozumiesz już ten… inny styl?

Zażenowany Pancham spojrzał na mnie z wyrzutem. Na łapkach założone miał bokserskie rękawice, które były na niego zdecydowanie za duże. Pokemon miał przez nie trudności z utrzymaniem równowagi, a podczas wyprowadzania ciosów zawadzał o podłogę. Jego przeciwnikiem była wyjątkowo wredna, drewniana kukła. Była skonstruowana w ten sposób, że po każdym przyjętym ciosie, „wyprowadzała” kontratak, z którymi mój Pancham średnio sobie radził. Gdy kolejny raz dostał drewnianą belką po karku, strasznie się zirytował i zaczął na mnie wrzeszczeć, okazując tym samym swoje niezadowolenie. 

 – Zaraz do ciebie dołączę… – ratowałam się uśmiechem, z trudem dźwigając wiadro z wodą. – Zostało mi zmyć jeszcze jedno pomieszczenie…

 – Jak się już z tym uporasz… – rzekł muskularny mężczyzna, z odsłoniętą klatką piersiową. – To nie zapomnij podlać kwiatów na parapecie. A, no i w zlewie uzbierało się trochę brudnych naczyń. Ci chłopcy, którzy byli tu przed tobą naprawdę umieli zjeść. Nic dziwnego, mężczyźni potrzebują energii!

 – Tak, panie Bruno! Zaraz się tym zajmę. – ukłoniłam się, kiwając głową na Panchama. –  Tymczasem, gdyby pan mógł pomóc Panchamowi… Chyba nie do końca podoba mu się pański trening. Wygląda na dość bolesny…

 – Nic się nie bój! – zachrypiał. – Dobry trening musi boleć! Jak boli to znaczy, że działa!

 – Nie jestem przekonana, czy do końca się zrozumieliśmy. Ja i Pancham występujemy na scenie. Rozumie pan? S-C-E-N-A! Nie ring! Nam nie potrzeba treningu siłowego, chodziło nam o coś innego…

 – Spokojnie! – mężczyzna klepnął mnie w plecy, pozbawiając tchu. – Będzie dobrze! 

Zażenowana, udałam się do następnego pomieszczenia. Nie tak się umawiałam z Siostrą Joy. Jej tajemniczym znajomym okazał się Bruno, wielki mięśniak, który kiedyś należał do Elitarnej Czwórki Kanto. Prowadził on w tej dzielnicy swoiste dojo, w którym trenował zarówno ludzi, jak i Pokemony. Gdy wyjawiłam mu cel, w jakim do niego przychodzę, ten uśmiechnął się i odparł, że ma idealne metody treningowe zarówno dla Panchama, jak i dla mnie. Początkowo nawet mnie to ucieszyło, jednak szybko okazało się, że moje szkolenie ograniczać będzie się do biegania z odkurzaczem, potem z mopem, a na końcu z konewką. Znosiłam te prace w pokorze i starałam robić się je jak najwolniej, gdyż w tym czasie Bruno trenował mojego Panchama. Przynajmniej do tego treningu podszedł profesjonalnie. Pokemon jednak nie pałał szczególnym entuzjazmem. Denerwował się, złościł i irytował. Od czasu do czasu zerkał na mnie z wyrzutem, jakby domagając się, żebym też z nim trenowała. Miał rację. Powinniśmy robić to razem.

 – Pancham, skup się! – ryknął nagle Bruno. – Za słabo trzymasz gardę! Przy każdym ataku, musisz spodziewać się kontry! Jesteś mały, powinieneś to wykorzystać! 

Pokemon splunął na podłogę i rzucił rękawice, odmawiając walki z głupią, drewnianą kukłą.

 – A więc kukła cię upokarza? Wolałbyś zmierzyć się z Pokemonem? – Bruno ponownie zaśmiał się w irytujący sposób. – Skoro sobie tego życzysz… Machamp, wychodź!

Przed Panchamem wyrósł olbrzymi, czteroręki Pokemon, który natychmiast demonstracyjnie napiął mięśnie. Jego Trener zrobił to samo. Musiałam przyznać, że dla mnie przynajmniej, wyglądało to komicznie. Pancham ponownie splunął na ziemie, nie odrywając jednak wzroku od Machampa. Powoli zaczynałam martwić się o mojego Pokemona. To mogło się źle skończyć. 

 – Muszę ci to przyznać. – powiedział Bruno. – Jesteś odważny! Niejeden Pokemon byłby przerażony, mając w perspektywie walkę z moim Machampem! Jesteś tego pewien?

Chciałam krzyknąć „Nie!”, ale sądząc po wyrazie twarzy Panchama, nie sądziłam by to zadziałało. Pokemon za to spokojnie kiwnął głową, zatarł ręce i przyjął postawę bojową. 

 – Ostrzegam, że nie będę się powstrzymywać! Prawdziwi wojownicy rodzą się tylko wśród bólu, łez i zgrzytania zębów! – zawył „prawdziwy wojownik”. – Machamp! Pokażmy mu jak silny jesteś! Nokaut pierwszym uderzeniem! Fissure!

 – Pancham, uważaj! – krzyknęłam z sąsiedniego pokoju. – Ten ruch…

 – Nie podpowiadamy! – warknął Bruno, trzaskając drzwiami. – On sam musi wiedzieć jak zareagować!

Nie mogąc otworzyć drzwi, spojrzałam przez dziurkę od klucza. Machamp napuchł cały jeszcze bardziej, jego skóra zmieniła kolor na czerwony. Właściwie wyglądało to, jakby się palił. Błyskawicznie zbliżył się do Panchama, próbując chwycić go w jedną z rąk. Pokemon uskoczył, odbijając się od bicepsa drugiej ręki. Poirytowany Machamp podskoczył i uderzył trzecią ręką z góry, o mało nie trafiając Panchama. Cios Machampa trafił jednak w drewniane panele, doszczętnie je niszcząc.

 – Oj! – zaniepokoił się Bruno. – Mam nadzieję, że Serena się na tym zna…

Pancham opadł na ziemie i wślizgiem próbował przemknąć pomiędzy nogami Machampa. Gdy już wydawało się, że mu się to uda, czteroręki Pokemon schylił się i wyciągnął go spod siebie. Trzymając go jedną ręką, drugą próbował wymierzyć cios. Pancham jednak wytworzył czarne pieścienie, korzystając z ataku Dark Pulse i cisnął je w oczy przeciwnika. Cios Machampa trafił w powietrze. To dało szanse Panchamowi na ucieczkę z żelaznego uścisku.

 – Jesteś niezły! – pochwalił go Bruno. – Zobaczymy jak poradzisz sobie z szybkością Machampa! Machamp, Dual Chop! Używaj go bez przerwy, dopóki nie trafisz! Chcę ocenić pracę nóg Panchama!

Mój Pokemon w odpowiedzi na atak przeciwnika, postanowił zastosować Arm Thrust. Choć był mniejszy, nie był tak samo zwinny jak Machamp. Na początku Pokemony wymieniały ciosy po równo, Pancham szybko jednak zaczął odstawać. Jego uderzenia stały się rzadsze, mniej precyzyjne i wolniejsze. W końcu Pokemon zaczął ograniczać się wyłącznie do uników. Choć te szły mu dość sprawnie, Machamp dzięki swojej dodatkowej parze rąk, wyprowadzał tak wiele ciosów na raz, że Pancham szybko się pogubił. Gdy udało mu się odskoczyć przed jednym ciosem, trafiał wprost pod drugi. Mimo, iż obserwowałam to wszystko przez dziurkę od klucza, udało mi się dojrzeć pewną zależność. Zdawało mi się, że umiem przewidzieć ciosy Machampa. Wtedy przypomniała mi się pewna walka Asha w Kalos. Szarpnęłam za drzwi, domagając się ich otworzenia. Za wszelką cenę chciałam pomóc swojemu Pokemonowi, tym bardziej, że chyba wiedziałam jak.

 – Bruno! – wrzasnęłam, rzucając mopem o podłogę. – Wypuść mnie! Trener i Pokemon powinni walczyć razem!

 – Nie ma mowy! – warknął. – Dobrze mu idzie! Jak cię zobaczy to się rozklei i nie będzie umiał się skupić!

 – Wypuszczaj mnie!

 – Powiedziałem, nie! Zaufaj mi! Prawdziwi wojownicy rodzą się w… 

 – B-Bruno?! – zapytałam. – Czemu przerwałeś? C-Coś się dzieje?!

 – T-Twój Pancham… – mężczyzna był wystraszony. – R-Robi coś dziwnego!

Po chwili usłyszałam jak w zamknięte drzwi coś stuka. Coraz głośniej i głośniej. W końcu hałas stał się nie do wytrzymania. Zobaczyłam, jak przez dziurkę od klucza do pomieszczenia sączy się jakieś dziwne, różowe światło. Bruno w końcu otworzył drzwi, a na mnie wpadła chmara blasku, która skumulowała się i weszła do Poke Balla Panchama. Dosłownie w tym samym momencie, z innej kulki wyszła Sylveon. Zaskoczona, spojrzała to na mnie, to na Bruna, obdarzając nas swoim, słodkim jak zwykle, uśmiechem. Natychmiast ponownie wezwałam Panchama, by sprawdzić czy nic mu nie jest. Pokemon pojawił się tuż obok mnie, założył ręce na biodra i dumnie spojrzał na Bruna. 

 – P-Pancham! Udało ci się! – krzyknął uradowany mężczyzna i radośnie rzucił się w kierunku mojego Pokemona. – Chodź no tu! Niech cię wyściskam!

 – Proszę uważać… – ostrzegłam cichutko. – Śliska po…

Nie zdążyłam dokończyć. Rozpędzony Bruno poślizgnął się, upadł na ziemie i leciał w stronę Panchama. Ten, zamiast ratować faceta w tarapatach, uskoczył tylko, chichocząc. Mężczyzna sunął po podłodze niczym po lodowisku, aż w końcu gruchnął w przeciwległą ścianę. Natychmiast spróbował podnieść się z niegodnej pozycji, ale gdy próbował ustać na obu nogach, na jego twarzy pojawił się grymas cierpienia. Może właściwie nie chodziło tu o ból, a bardziej o zażenowanie. Bruno podparł się o ścianę i bezradnie opuścił na niej do pozycji siedzącej.

 – Nic panu nie jest? – zapytałam z udawanym zatroskaniem, podchodząc do niego.

 – Nie, nie! – odparł. – Prawdziwi wojownicy rodzą się tylko wśród bólu, łez i…

 – Skręconych kostek? – dokończyłam.

 – Ta. Skręconych kostek…

 – Zanim pobiegnę po pomoc, dowiem się w końcu co tu zaszło?

 – Twój Pancham nauczył się nowego ataku… – wystękał Bruno, masując kostkę. – To Parting Shot.

 – Parting Shot? – zapytałam, szukając w PokeDeksie.

 – Parting Shot. – zabrzmiał metaliczny dźwięk.  – Atak statusowy typu mrocznego. Atakujący osłabia przeciwnika, a następnie samoczynnie wraca do swojego Poke Balla, powodując wybranie innego Pokemona.

 – A nie mówiłem, że mój trening będzie skuteczny? – rzucił mężczyzna. – Ciężka praca się opłaca!

 – Aha… – zignorowałam go.

Pancham warknął na niego gniewnie, jakby chciał powiedzieć, że to wcale nie była jego zasługa. Nauczył się nowego ataku, pomyślałam i zaczęłam się zastanawiać. Mojemu Pokemonowi tak bardzo brakowało mojej obecności i wspólnego treningu, że nauczył się ruchu, który sam go do mnie wraca. Byłam poruszona. 

 – Dobra, Pancham! – pogłaskałam go po głowie. – Starczy nam już tego miejsca! Pójdziemy po Siostrę Joy, a potem ruszamy w swoją stronę!

Pokemon posmutniał. Wskazując mi rękawice, leżace w kącie sali, domagał się treningu. Tym razem tylko ze mną, bez ingerencji Bruna.

 – Nie, Pancham! – uśmiechnęłam się. – Podczas twojej walki z Machampem coś zrozumiałam. Wydaje mi się, że jesteśmy coraz bliżej wynalezienia nowego stylu. Będzie on inny od tego, który już znasz, ale to wciąż będzie nasz własny styl. Potrzebuję tylko okazji, by móc go wypróbować. 

Pożegnawszy się z Brunem, skierowałam się w kierunku drzwi. Nagle usłyszałam wielką wrzawę za nimi. Zanim je otworzyłam, wyjrzałam przez okno. Przed wejściem stała grupa dziwnie ubranych osiłków. Po strojach stwierdziłam, że prawdopodobnie pochodzą z jakiegoś innego regionu niż Hoenn czy Kalos. Mężczyźni demonstrowali sobie jakieś dziwne ruchy, kopnięcia i ciosy. Przodował w tym czarnoskóry facet, o krótko przyciętych, rudych włosach. Stwierdziłam, że przed wyjściem dobrze będzie poinformować Bruna o tych dziwnych gościach. Słysząc ostrzeżenie, wstał, poprosił Panchama by rozwalił na kawałki kukłę, z którą przed chwilą walczył, a następnie zaczął używać jej w charakterze kuli. Gdy doczłapał się do okna, westchnął.

 – Nie jest dobrze… – skwitował. – Mówiono mi, że ponoć kręci się w pobliżu, ale nie dawałem temu wiary.

 – Trudno… – uśmiechnęłam się, nic z tego nie rozumiejąc. – Ja wychodzę!

Gdy podeszłam do drzwi, te świsnęły mi nagle przed nosem. Stał w nich ten sam rudowłosy mężczyzna. Zmierzył mnie wzrokiem, a następnie rozejrzał się po pomieszczeniu.

 – Bruno! – ryknął. – Pokaż się! Wiem, że tu jesteś!

 – Z szacunkiem proszę! – warknął nasz gospodarz, wychodząc zza drzwi. – Jestem Bruno, były członek Elitarnej Czwórki Kanto!

 – Phi! – syknął rudowłosy. – A ja jestem Marshal, AKTUALNY członek Elitarnej Czwórki Unovy! To stawia mnie ponad tobą!

 – Bardzo elitarnie nam się tu zrobiło… – powiedziałam pół-szeptem. 

 – Bruno! – mężczyzna ponownie zawył. – Przybyłem na mój obiecany rewanż! Gdzie twój Machamp? Wołaj go!

Przedstawiciel regionu Kanto demonstracyjnie odrzucił kulę i spróbował stanąć na obie nogi. Samo stanie nie sprawiało mu może tyle problemu, ale poruszanie się to była już zupełnie inna bajka. 

 – Uhuhu! Wielki Mistrz Bruno kuleje! – zaśmiał się gardłowo Marshal, po czym spojrzał na mnie. –  Któż ci to zrobił? Ta mała?

 – J-Jestem S-S-Serena… – chciałam się przywitać, ale zostałam tak zbesztana wzrokiem, że natychmiast zamilkłam.

 – Ta mała jest tu na treningu! – oświadczył Bruno. – Pokazywałem jej Panchamowi mistrzowskie techniki bokserskie!

 – Cały ty! Myślisz, że to, co kiedyś sprawdzało się w Kanto, będzie pasować do wszystkich Pokemonów! Otwórz oczy! Pancham to nie Hitmonchan! Conkeldurr to nie Machamp! Pokemony z innych regionów mają zupełnie odmienną naturę i zmuszając je do treningu po kantyjsku, tylko im szkodzisz! Sztuki walki muszą ewoluować!

Było trochę mądrości w słowach Marshala. Podczas treningu Panchama też miałam wrażenie, że średnio mu się to podoba. Zresztą sam fakt, że nauczył się Parting Shota o czymś przecież świadczył. Mój Pokemon również był pod wrażeniem unoviańskiego mistrza, gdyż przystanął do niego i założonymi rękoma kiwał głową, potwierdzając jego słowa. Na ten widok Bruno poczuł się trochę zmieszany. Nie za bardzo wiedział co ma robić. 

 – Sereno… – odezwał się w końcu do mnie. – Pomożesz mi w tej walce?

Zaniemówiłam. Pancham z kolei bardzo się naburmuszył na tą propozycję i wskazał łapą Marshala, chcąc pomóc raczej jemu.

 – Co tam, mały przyjacielu? – mężczyzna poklepał go po głowie. – Chcesz pokazać siłę walczących Pokemonów z Kalos?

Obaj wojownicy patrzyli na mnie, czekając na moją decyzję. Jak zwykle, nie wiedziałam co robić i musiałam się zastanowić. Bruno był naszym gospodarzem, przyjął nas pod swój dach, starał się wytrenować Panchama, choć nie za dobrze mu to wychodziło. Poświęcił mu swój cenny czas, no i przeze mnie skręcił sobie kostkę. Powinnam mu się jakoś odwdzięczyć, chociaż… to podlewanie kwiatków, zmywanie podłogi i sprzątanie powinno być wystarczającą zapłatą. Z drugiej strony Marshal wydawał się mieć lepsze podejście do Pokemonów, rozpatrując je indywidualnie. Od razu dostrzegł to, że Pancham potrzebuje szkolenia innego rodzaju, zobaczył w nim jego indywidualizm, co wyraźnie Pokemonowi zaimponowało. Ciężki wybór… W sumie to i tak miałam stąd już wychodzić, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zostawić ich samym sobie. Mogłabym też ich zaskoczyć i wyzwać do walki i jednego i drugiego na raz. Wtedy miałabym idealną okazję, aby sprawdzić czy mój wymyślony przed chwilą styl, rzeczywiście ma szanse powodzenia.

Spoiler

Dlaczego to teraz tak wygląda? Dowiesz się tutaj!

Wybór: Głosowanie większościowe (co to jest? kliknij tutaj)

Opcja 1: Serena wstawi się za Brunem i w jego imieniu walczyć będzie z Marshalem.

Opcja 2: Serena wstawi się za Marshalem i w jego imieniu walczyć będzie z Brunem.

Opcja 3: Dziewczyna zaskoczy wszystkich i wyzwie do walki obu męzczyzn na raz.

Opcja 4: Dziewczyna zostawi mężczyzn samym sobie i odejdzie, szukając możliwości przetestowania swojego nowego stylu.

Głosowanie trwa do najbliższego czwartku, do godz. 23:59. Następna scena pojawi się w niedzielę/poniedziałek.

Przypominamy o startującym niedługo PBF-ie „Na Skrzydłach Marzeń”! Więcej info tutaj!

[collapse]

Na Skrzydłach Marzeń 5 – Scena 02


TOM II


CZĘŚĆ II


SCENA II



 – N-Nie idziesz ze mną? – pisnęłam przeraźliwie, odruchowo próbując złapać May za rękę. – Sama mogę sobie nie poradzić!

 – Weź się w garść! – warknęła. – Sama stwierdziłaś, że chcesz poznać inny typ relacji łączący Trenerów i Pokemony… Spojrzeć na nie z trochę innej perspektywy, prawda?

 – Tak, ale… 

 – No to zrób to! – May westchnęła. – Poza tym, nie masz się czego bać. To tylko tak strasznie wygląda. Ci ludzie naprawdę kochają swoje Pokemony, a Pokemony kochają ich. Po prostu przejawiają to w trochę inny sposób.

 – No dobrze! – zacisnęłam zęby, wyciągając Poke Ball z Sylveon. – W końcu moi przyjaciele i tak będą ze mną, więc nie powinnam się bać! To idę!

 – Z-Zaczekaj! – krzyknęła May, gdy już zdążyłam obrócić się na pięcie. – Masz tu Blazikena… Na wszelki wypadek…

 – Mówiłaś, że tu jest… – momentalnie zbladłam. – …bezpiecznie…

 – To cześć! – rzuciła na odchodne, po czym błyskawicznie się oddaliła.

Trzymając w lewej ręce kulkę z Sylveonem, a w prawej z Blazikenem, jeszcze raz rozejrzałam się po otoczeniu, szukając czegoś co dałoby mi odwagę do postawienia tego pierwszego kroku. Ściany budynków były obskurne, na ziemie dosłownie sypał się tynk, a gdzieniegdzie widniały dość wulgarne napisy. I choć w oknach widać było światła, wątpiłam by ktokolwiek miał ochotę przez nie wyglądać. Okolica była bowiem zaniedbana i po prostu brzydka. Ze śmietników wysypywały się odpady, które z kolei przyciągały mnóstwo Trubbishy oraz Grimerów. Pokemonom w ogóle nie przeszkadzała moja obecność i ani myślały o przerwaniu swojej niekulturalnej konsumpcji. Zapalczywy odgłos mlaskania, oprócz oczywistego odoru, wypełniał powietrze. 

W pewnym momencie mnie olśniło. A może wcale nie potrzebuję walczącego czy mrocznego Pokemona?! Trujący też nie byłby zły. Gdyby udało mi się złapać teraz jednego z tych obżartuchów, wcale nie musiałabym udawać się do tego strasznego miejsca. A jeśli wydobyłabym z tak nieatrakcyjnych Pokemonów piękno na Pokazie, zyskałabym sławę i uznanie. Tak, to jest myśl! Schowałam Poke Balle z Pokemonami do torby i wyjęłam z niej pusty. Ostrożnie zbliżyłam się do pobliskiego śmietnika, podnosząc z podłogi jakąś niedojedzoną czekoladę. 

 – Ekhm… – chrząknęłam, próbując zwrócić na siebie uwagę Trubbisha. – Ekhm! Ekhm! Ekhm!

Pokemon w końcu zwrócił na mnie swe ślepia. Wyciągnęłam rękę, próbując skusić go słodkim odpadem. Trubbish pokraśniał radośnie, wnosząc swoje niby-łapy do góry. Błyskawicznie znalazł się przy mnie, przystanął i spojrzał mi w oczy.

 – Proszę, proszę! To dla ciebie! Pyszna czekoladka! – spojrzałam na papierek. – Przeterminowana jakieś pół roku… Powinna ci smakować!

Trubbish delikatnie wziął ode mnie tabliczkę i zaczął wcinać ze smakiem. Wykorzystałam tą okazję by wycelować w niego Poke Ballem. Pokemon, gdy tylko to zobaczył, pochłonął resztę łakocia, nawet go nie gryząc, odskoczył i wystrzelił we mnie fioletowy pocisk. Jeśli miałabym zgadywać, prawdopodobnie był to Sludge Bomb. Uchyliłam się w ostatniej chwili, unikając ataku. Niestety, mój kapelusz nie miał tyle szczęścia. Impet pocisku zwalił go z mojej głowy, a żrąca trucizna po chwili niemal doszczętnie go strawiła.

 – Mój kapelusz! Zabiłeś go! – wrzasnęłam, wskazując palcem na Trubbisha. – Zapłacisz mi za to! Blaziken, Sylveon! Zróbcie mi z niego nowy!

Spanikowany Pokemon natychmiast wskoczył wprost do śmietnika, zagrzebując się w czarnych, plastikowych workach, gdzie miał nadzieję znaleźć sojuszników.

 – Nic z tego! Choćbym miała przetrzepać każdy śmietnik w Mauville, skończysz na mojej głowie! – krzyknęłam jeszcze głośniej niż poprzednio. – Sylveon, Hyper Voice! Blaziken, Overheat!

Zanim Pokemony zaczęły jeszcze atak, usłyszałam rozpaczliwy szloch. Ręką nakazałam im się wstrzymać. Szloch po chwili przerodził się w regularny płacz i smętne zawodzenie. Początkowo myślałam, że Trubbish używa jakiegoś ruchu typu Fake Tears by mnie zmylić, głos jednak dochodził z innego miejsca. Westchnęłam i odwołałam Pokemony, dając za wygraną. Następnie skierowałam się w kierunku źródła płaczu, który najwyraźniej znajdował się w jednej z bocznych uliczek Mrocznego Zaułka. Ostrożnie postanowiłam to sprawdzić. May mówiła, że znajduje się tu mnóstwo Pokemonów duchów, więc być może któryś z nich próbował spłatać mi figla. Niepewnie wyjrzałam zza rogu. Zobaczyłam chłopca, na pewno sporo młodszego ode mnie. Siedział na chodniku z głową schowaną w kolanach. To on właśnie płakał. Obok niego stał równie przerażony Plusle, który dostrzegł mnie jako pierwszy.

Zrobiło mi się szkoda chłopczyka, więc postanowiłam go pocieszyć. Wybrałam więc ponownie Sylveon, licząc na jej przyjazny i sympatyczny wygląd, który powinien pomóc mi rozweselić dziecko. Plusle, widząc nas powoli oddalał się od chłopca, piszcząc przy tym przeraźliwie. Gdy jego towarzysz w końcu mnie zobaczył, natychmiast zerwał się na nogi, przetarł nos i oczy i stanął na baczność, przyjmując bojową postawę. Nogi jednak trzęsły mu się tak mocno, że byłam pewna, iż za chwilę się przewali, co też się stało. Bał się. Bał się mnie…

 – Cześć! – powiedziałam wesoło, wyciągając rękę w geście przywitania. – Jak masz na imię?

 – Odejdź! Nie podchodź! – oczy chłopaka ponownie wybuchnęły łzami. – Nie podchodź, proszę! Nie rób ze mnie kapelusza!

 – C-Co takiego?! – zdziwiłam się, a Sylveon wyszła do przodu, próbując przywitać się z Plusle.

 – Odejdź! – małolat zerwał się, chwytając żółtego Pokemona na ręce. – Odejdź! Przepadnij, maro nieczysta!

 – Czemu się mnie boisz? – spróbowałam użyć uśmiechu numer trzynaście. – Coś ze mną nie tak?

 – Jesteś straszna! Nigdy nie widziałem tak okropnej dziewczyny! – zawyło dziecko. – Mamusia ostrzegała bym tu nie przychodził, a ja nie posłuchałem! I teraz skończę na twojej głowie!

 – N-Nie… – trzynastka nie zadziałała, wzięłam więc piętnastkę. – Nie mówiłam wtedy do ciebie…

 – Zawsze bałem się Gengarów… – przyznał chłopak. – …ale ty jesteś dużo straszniejsza! Jesteś chyba najgorszą osobą na calutkim świecie!

 – Mylisz się! – tylko lekko podniosłam głos. – Zaraz ci to udowodnię!

 – Aaaa! Plusle, uciekamy!

Chłopczyk chwycił Pokemona za ogonek w kształcie krzyżyka i ile sił w nogach, zaczął się od nas oddalać. Sylveon spojrzała na mnie, demonstracyjnie wymachując wstążkami.

 – Nie, Sylveon. – uśmiechnęłam się. – Nie łap go. Niech idzie.

Przestraszyłam kogoś. Ja, słodka i cukierkowa Serena, wystraszyłam tego chłopca niemal na śmierć. I choć było to tylko małe dziecko, które w dodatku źle zrozumiało całą sytuację, czułam się jakoś… dziwnie. Właściwie powinnam czuć żal, że ponoć jestem straszniejsza od Gengara, mi jednak było całkiem przyjemnie. Spojrzałam jeszcze raz na drogę prowadzącą do Mrocznego Zaułka Mauville, a potem na resztki swojego kapelusza i zgraję Trubbishów, która ponownie przystąpiła do konsumpcji.

 – Idziemy! – powiedziałam do Sylveon, po czym ją odwołałam. – Nie ma się czego bać! W końcu to ja tu jestem najstraszniejsza…



Udało ci się, dopingowałam się w myślach, zrobiłaś to. Pierwszy, najtrudniejszy krok postawiony. Byłam w Mrocznym Zaułku Mauville i muszę przyznać, że robił on wrażenie. Spodziewałam się tutaj jakiejś absolutnej ciemności, myślałam, że znów będę musiała używać Braixen w charakterze latarki. Tymczasem jednak było tu całkiem widno. Wszystko dzięki wszędobylskim neonom, które rozświetlały jedną z głównych ulic. Jak na opuszczoną czy upadającą dzielnicę, nie było tu tak źle. Owszem budynki sprawiały wrażenie zniszczonych i zaniedbanych, ale o dziwo, tętniło tu życie. Nie miałam pojęcia, czy było tak tylko podczas tej jednej nocy w miesiącu, czy może też na co dzień. Kolorowymi światełkami kusiły sklepy, w których można było zakupić wątpliwej jakości specyfiki dla Pokemonów. Na jednej z wystaw zauważyłam, że ktoś próbuje sprzedawać zwykle kamyki, pomalowane na różne kolory, reklamując je jako najlepsze Kamienie Ewolucyjne w całym Hoenn. Przez okno spostrzegłam, że pomieszczenie było całkiem puste, zatem nikt raczej nie nabierał się na ten trik.

Spodziewałam się tu mnóstwa ludzi i tak też było. Gdy przechodziłam obok wejścia prowadzącego do podziemnego metra, wypełza z niego przynajmniej pięćdziesiątka osób. W ich garderobach dominowały smutne i ciemne kolory: czarny, szary, brązowy czy granatowy. Inaczej było bowiem z ich fryzurami. Niemal co druga osoba, mężczyzna czy kobieta, miała postawnego irokeza, upstrzonego w jakąś ekstrawagancką barwę: różową czy zieloną. Cześć osób z kolei w ogóle nie miała włosów. Faceci z reguły byli silnie umięśnieni, podczas gdy kobiety przyozdabiały swoje twarze nadmierną ilością biżuterii, albo przynajmniej czymś, co miało ją przypominać. Odstawałam od nich. Pewnie dlatego przyciągałam mnóstwo gniewnych spojrzeń. Ludzie patrzyli się na mnie jak na zbłąkane, zagubione dziecko. Niektórzy oferowali mi nawet pomoc twierdząc, że odprowadzą mnie do mamusi. Gdy na swój własny, uprzejmy i przesłodzony sposób odmawiałam, ludzie niemal próbowali załatwić mnie samym wzrokiem. To nie było miejsce dla mnie. Nie zamierzałam się jednak poddawać i postanowiłam dalej ich obserwować.

Kierowałam się w stronę największego tłoku, licząc na to, że znajdę tam odpowiedzi na palące mnie pytanie. Jak mogłabym wzbogacić swój styl na scenie i odkryć swoje groźne ja? Po kilkunastu minutach zwiedzania, doszłam do czegoś, co przypominało ring bokserski. Ludzi było tutaj tak wiele, że nic nie widziałam. Musiałam się więc przepychać do pierwszych rzędów.

 – Przepraszam, przepraszam. – kłaniałam się, nadeptując na stopy kolejnych obserwujących wydarzenie. – Nic nie widzę! Przepraszam! Najmocniej przepraszam!

Gdy w końcu dotarłam do ringu spostrzegłam, że znajdują się tam cztery postacie. Dwójka Trenerów i dwa Pokemony. Nic dziwnego, pomyślałam. To pewnie tutaj toczą się najbardziej widowiskowe walki wieczoru. Po chwili dojrzałam istotny detal. Trenerzy mieli na rękach założone rękawice bokserskie. Na dźwięk gongu ruszyli na siebie, wraz ze swoimi Pokemonami. Hitmonlee bezlitośnie okładał kopnięciami przeciwnego Trenera, a z kolei jego Hitmonchan próbował właśnie przebić gardę partnera Hitmonlee. Ludzie walczą z Pokemonami, co za absurd, pomyślałam. Gdy Boksujący Pokemon pozbawił przytomności boksującego człowieka potężnym Focus Blastem, walkę przerwano. 

 – A może ty chcesz wystąpić? – krzyknął do mnie jakiś elegancko ubrany mężczyzna, rzucając w moją stronę różowe rękawice. – Wyglądasz na kogoś zwinnego, szybkiego i z ogromnym potencjałem! Odważysz się wkroczyć na PokéRing?

 – N-Nie! Dziękuję! – odparłam przerażona, ciskając w mężczyznę rękawice. – N-Nie lubię różowego!

Gdy ludzie zaczęli się ze mnie śmiać pomyślałam, że to dobry moment na mój taktyczny odwrót. Przeciskając się między nimi z powrotem, tym razem w drugim kierunku, w końcu udało mi się opuścić zbiegowisko. Wzięłam kilka głębszych wdechów i ruszyłam dalej. Spacerując po Zaułku dotarłam w końcu do budynku opuszczonej szkoły. Było jasne, że nikt jej już od dawna nie używa. Okna były powybijane, jedna trzecia części budynku zawalona, a na pozostałe ściany wpełzała obrzydliwa pleśń. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Zdawało mi się, że słyszę odgłosy walki i komendy ataków. Obeszłam więc szkołę na około, docierając do boiska. Tej nocy służyło ono za arenę do walk Pokemon. Normalnych, zwykłych starć Pokemon kontra Pokemon. Bez żadnych udziwnień w stylu walczących Trenerów. To mogło być to. Postanowiłam poprzyglądać się trwającej potyczce. 

 – Weavile, Low Kick! – krzyknął rudowłosy chłopak, mniej więcej w moim wieku. – Bez litości! Złam mu golenie!

Przełknęłam ślinę. Nie słyszałam by ktokolwiek używał takich komend.

 – Nie tak szybko! – brzydko uśmiechnął się przeciwnik rudzielca. – Tyranitar! Poczekaj aż podejdzie i przywal mu swoim ogonem! Aqua Tail!

Kamienny Pokemon nie zdążył jednak wykonać kontry i upadł na jedno kolano, raniony Low Kickem Weavile’a. Mroczny Pokemon po udanym ataku, wbił pazury w ziemie i wykorzystując swoją prędkość zawrócił o 180 stopni.

 – Świetnie, Weavile! Zrób z niego bryłę lodu! Ice Punch!

 – Tyranitar! Złap go!

Tym razem Tyranitar zdążył i chwycił głowę Weavile’a w swoje łapska. Następnie zawył przeciągle w geście tryumfu i niemal pewnego zwycięstwa. 

 – Zmiażdż go! – krzyknął wygrywający Trener.

Nie mogłam na to patrzeć. Oni naprawdę walczą aż do takich ekstremów? Ten Tyranitar naprawdę zamierza… zmiażdżyć swojego przeciwnika? Przecież… przecież… po takim czymś nawet Siostra Joy nie będzie w stanie wiele zrobić. Muszę ich powstrzymać! Tak nie wolno!

 – A, a, a! – zaśmiał się rudowłosy. – To jeszcze nie koniec! Weavile, Substitute!

W miejscu zakleszczonego Weavile pojawiła się zielona maskotka, która momentalnie znikła, wybuchając kłębami puchu. Sam Pokemon przeskoczył nad Tyranitarem i znalazł się za jego plecami.

 – Dobrze! Teraz naostrz swoje pazury, Hone Claws!

 – Tyranitar! Jest za tobą! Odwróć się i szybko machnij ogonem! Aqua Tail!

 – Czas na nasz wielki finał! Weavile… wyrwij mu serce!

Dość. Mam dość, pomyślałam. Uciekam stąd. Nie chcę na to patrzeć. Nie mogę. Wolę być słodką i cukierkową Serenką, niż zostać kimś takim jak oni. Nawet jeśli to miałoby być tylko na scenie. Odwróciłam się i niemal z płaczem w oczach uciekłam. Postanowiłam opuścić to przeklęte miejsce jak najszybciej. Na domiar złego ludzi było jeszcze więcej niż przedtem. Biegnąc przed siebie co chwila wpadałam na jakiegoś rozjuszonego zbira. Po kilku minutach biegu zorientowałam się, że krążę w kółko. Zgubiłam się! Nie wiedziałam w którą stronę powinnam się udać. Wszędzie widziałam te szpetne, obrzydliwe twarze. Spróbowałam się uspokoić i wypatrzeć jakieś znajome elementy w otoczeniu. Wtem, przed oczyma mignęło mi coś różowego. Nie miałam pojęcia co to mogło być, ale było dla mnie jak światełko w tunelu. Różowe światło, jaśniejące w ten czarnej beznadziei. Musiałam za nim podążać. 

Okazało się, że ta różowa barwa to były… włosy Siostry Joy, która rozstawiła się w tej dzielnicy z polowym Centrum Pokemon. 

 – Serena? To ty? – zdziwiła się kobieta. – Co ty tu robisz?

 – Zna mnie pani? 

 – No, oczywiście! Jestem Siostrą Joy z Mauville, nie poznajesz mnie?

 – A, tak! Rzeczywiście, teraz już poznaję! – skłamałam. – Jestem tu… bo chciałam odkryć swoje drugie ja…

 – Drugie ja?

 – Tak! Uznałam, że jestem trochę zbyt słodka, a moje występy są na jedno kopyto. Liczyłam, że tutaj znajdę inspiracje, ale… A zresztą! Nieważne! Muszę się stąd wydostać! Proszę mi pomóc!

 – „Drugie ja…” Chyba cię rozumiem. – pielęgniarka zignorowała moje błaganie o pomoc. – Wybrałaś dobre miejsce. Ja też tutaj odkryłam swoje drugie ja…

 – Ja chcę do do… Słucham? Może pani powtórzyć?

Siostra Joy skinęła głową na zaplecze swojego pokemonowego ambulansu. Krzątał się tam Mienshao, który ze wszystkich sił próbował pomóc rannym Pokemonom. Robił to niezwykle sprawnie i z ogromną precyzją. Przez chwilę sądziłam, że jest lepszy od standardowej Chansey czy Audino.

 – Wiem o co chcesz zapytać… – uśmiechnęła się kobieta. – Czemu nie Wigglytuff, Chansey, Blissey czy Audino? Ano, widzisz… Nigdy nie mogłam się dogadać z tymi klasycznymi Pokemonami leczącymi, a próbowałam to robić niemal przez całe swoje życie. Ludzie często patrzyli na mnie krzywo, gdy w Centum, zamiast od razu wziąć się za kurację Pokemonów, ja zlecałam to zadanie właśnie Chansey, a sama wypytywałam się o szczegóły walk, w których te Pokemony zostały ranne. Wszystko skrzętnie notowałam, a gdy klienci wracali po odbiór Pokemonów, ja im tłumaczyłam co zrobili w danym starciu źle i jakich ataków powinni używać. Zmartwione Siostry widząc moje dziwne zainteresowanie, radziły mi bym udała się do Mrocznego Zaułka Mauville. Po tym co miałam tu zobaczyć, wszelka fascynacja walkami miała ze mnie zejść.

 – I co?

 – Jak się możesz domyślić, spotkałam tu Mienshao. Szybko odkryłam, że oprócz świetnych zdolności bojowych, Pokemon ten może też bardzo skutecznie leczyć. Jego poprzedni Trener używał go wyłącznie do walk, podczas gdy on za wszelką cenę chciał pomagać innym. Innymi słowy, był taki jak ja. Rozbity między swoim docelowym przeznaczeniem, a zainteresowaniami. Nie muszę chyba mówić, że dogadaliśmy się świetnie. Dzięki niemu jestem szczęśliwa.

 – A jaki to ma związek ze mną? – zapytałam zniecierpliwiona. – Nie widzę tu żadnych podobieństw.

 – Chciałam przez to powiedzieć, że jeśli nie będziesz otwarta na nowe doświadczenia to w twoim życiu nic się nie zmieni. A przecież chcesz, by coś się zmieniło, skoro tu przyszłaś, prawda?

 – Ale oni tutaj miażdżą sobie głowy i wyrywają serca! – wrzasnęłam oburzona. – Jak pani może to tolerować?!

Siostra Joy zarechotała i w tym momencie, jak na znak, podbiegło do niej dwóch mężczyzn. Byli to dokładnie ci sami Trenerzy, których przed chwilą oglądałam. 

 – Siostro Joy! – krzyknęli chórem. – Uleczysz nasze Pokemony?!

 – Z przyjemnością! – kobieta uśmiechnęła się. – Pokażcie je!

Zamknęłam oczy, spodziewając się jakiś drastycznych scen. Ciekawość jednak nie pozwalała mi być nieświadomą i wyjrzałam ostrożnie przez palce. Przede mną stał zarówno Tyranitar jak i Weavile. Zdziwiona podbiegłam do tego większego i zaczęłam go oglądać. Oprócz kilku zadrapań i siniaków, wyglądał całkiem normalnie.

 – On żyje! – krzyknęłam z niedowierzaniem. – Nie wyrwałeś mu serca!

Przeskoczyłam do Weavile’a, którego też dokładnie obejrzałam.

 – Głowa cała! A przecież chciałeś ją zmiażdżyć!

Mężczyźni i Siostra Joy parsknęli śmiechem, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

 – Na serio uwierzyłaś w te groźby? – zapytał rudowłosy. – Przecież my nie mówiliśmy tego serio…

 – Właśnie! Po prostu w ten sposób wydajemy komendy! – zawtórował mu drugi trener. – To nasz unikalny… styl…

 – Styl…? – zamyśliłam się.

 – Chwila, Sereno… – uśmiechnęła się pielęgniarka. – Ty naprawdę myślałaś, że oni tak na poważnie? Po prostu podczas walki wstępuje w nich adrenalina i czasami powiedzą coś dziwnego, ale zapewniam cię. Ani oni, ani ich Pokemony nawet nie pomyśleli o tak niecnych czynach. Zresztą, ta dwójka to na co dzień aktorzy, więc musieli sobie trochę pograć… To co? Odwieźć cię do domu?

Potrzebowałam chwili na powiązanie faktów.

 – Nie! – zwróciłam się do mężczyzn. – Chcę go poznać! Chcę poznać wasz unikalny styl! Nauczcie mnie, proszę!

Mężczyźni zbledli, rudowłosy oblał się rumieńcem i przypominał teraz dorodnego buraka. 

 – Sereno! – skarciła mnie Joy. – Jesteś bezlitosna! To stare chłopy, a zobacz jak ich zawstydziłaś. Pozwól, że ja ci pomogę. Głównymi atrakcjami tej dzielnicy jest PokéRing, gdzie Trenerzy i Pokemony walczą na ringu, oraz PokéArena, gdzie prowadzone są standardowe walki Pokemon. Jako, że jesteś Koordynatorką, odradzam ci udział w walkach tego pierwszego rodzaju. Możesz pochwalić się niezwykłą urodą, co w twojej profesji jest ważne. A na ringu czasami i zęby lecą, wiec zabraniam ci tam wchodzić. Nie mniej jednak istnieje pewien mężczyzna, który przygotowuje początkujących do takich starć. Podczas treningów walczą oni z reguły z jakimiś kukłami, więc ryzyko obrażeń jest stosunkowo niskie. Tak się składa, że jest on moim dobrym znajomym, dlatego mogę załatwić ci jedną lekcję już teraz. O Arenie nie będę dużo mówić, bo to po prostu zwykła walka Pokemon. Jeśli się nie mylę, za chwilę powinien wystartować turniej walk podwójnych, w których zostaniesz sparowana z innym, losowym Trenerem by stoczyć walkę dwa na dwa z innym duetem. 

 – Czyli mam tylko dwie opcje?

 – Możesz zostać jeszcze ze mną. W sumie przydałaby mi się dodatkowa para rąk, gdyż mój asystent gdzieś przepadł. Podczas pracy w polowym Centrum będziesz miała okazję spotkać mnóstwo ludzi. Gdy będą czekać na kurację swoich Pokemonów, będziesz mogła zasypywać ich pytaniami czy poprosić o jakieś rady. Choć osoby tu przebywające mogą wydawać ci się straszni, w rzeczywistości jednak tak nie jest. Większość chętnie dzieli się swoimi doświadczeniami. W końcu spotykają się raz w miesiącu…

 – Dziękuję za pomoc! – uśmiech numer pięć. – W takim razie wybieram…

Spoiler

Dlaczego to teraz tak wygląda? Dowiesz się tutaj!

Wybór: Głosowanie z losowaniem (co to jest? kliknij tutaj)

Opcja 1: Serena skorzysta z uprzejmości Siostry Joy i uda się na trening, przeprowadzany pod czujnym okiem znajomej postaci z Kanto. Podczas tej aktywności dziewczyna oraz jej Pokemony będą uczyli się bokserskich ruchów, które potem mają nadzieję wykorzystać podczas Pokazów. W pewnym momencie jednak pojawi się nowe wyzywanie…

Opcja 2: Koordynatorka zignoruje zakaz pielęgniarki i stanie w śmiertelnie niebezpieczne szranki z innym Trenerem na ringu. Przeciwnik zadziwi czymś zarówno Serenę jak i widownie, co przyprze dziewczynę jeszcze bardziej do ściany…

Opcja 3: Serena stoczy walkę 2 v 2, podczas której sparowana zostanie z pewną osobą z bogatej rodziny. Para będzie musiała współpracować by pokonać swoich rywali, a Serena będzie miała okazję poobserwować ruchy mrocznych Pokemonów.

Opcja 4: Dziewczyna zgodzi się na pomoc Siostrze Joy i razem z nią, jej asystentem i Mienshao będą leczyć ranne Pokemony. Po jakimś czasie odwiedzi ich niezwykły klient.

Głosowanie trwa do najbliższego niedzieli, do godz. 23:59. Następna scena pojawi się we wtorek.

[collapse]

Na Skrzydłach Marzeń 5 – Scena 01


TOM II


CZĘŚĆ II


SCENA I



– Finisz! – krzyknęłam radośnie, po czym ukłoniłam się przed publicznością, serwując jej uśmiech numer pięć.

Widownia nie była liczna, ale za to wyjątkowa. W ostatnim czasie zajmowała ważne miejsce w moim sercu. Po wielu poszukiwaniach, błędach i porażkach, wzlotach i upadkach, udało nam się zasilić szeregi Zespołu SM dziesiątką początkujących Koordynatorów. Od jakiegoś czasu, ja i May, próbowałyśmy ich czegoś nauczyć. Musiałam przyznać, że moja przyjaciółka podeszła do tego zagadnienia bardzo profesjonalnie. Wynajęłyśmy niewielkie pomieszczenie, które służyło nam do ćwiczeń. Znajdowało się ono właściwie w piwnicy jednego z miejskich wieżowców, ale jak na chwilę obecną w zupełności nam wystarczało. May zatrudniła również szereg ludzi, którzy mieli pracować nad naszą medialną obecnością. Zaczęła też nagrywać reżyserowane wywiady z nami, filmowała wspólne treningi, które potem wrzucała w Internet. Popularnością cieszył się również mój cykl kulinarny, w którym pokazywałam na wideo jak zrobić pyszne PokéPuffsy. Dzięki temu, do Zespołu SM nareszcie zaczęli dołączać ludzie. Gdy zebrałyśmy pierwszą dziesiątkę, May podjęła decyzję o wstrzymaniu naboru i skupieniu się na tym, co mamy.

Właśnie odbywał się nasz poranny trening. Szybko przywykłam do wstawiania o wczesnych godzinach, przeskakiwania z piżamy od razu w pokazowy kostium, a moje Pokemony zwykle były gotowe już przede mną. Przez ostatni tydzień, co noc śniły mi się układy choreograficzne, które potem próbowałam przetestować. Pokazy całkowicie zawładnęły moim życiem. I, szczerze mówiąc, było mi z tym świetnie. Istniały momenty, w których przyłapywałam siebie na tym, że już nie myślę tak obsesyjnie o Ashu i nie czerwienie się na widok każdego Pikachu w Mauville. Rola nauczycielki, czy też trenerki, bardzo mi odpowiadała. Tym bardziej, że byłam w tym naprawdę niezła. Przynajmniej tak mi się wydawało…

– I jak? – spytałam się Koordynatorów, zmieniając uśmiech na dwójkę. – Podobało się?

Specjalista od wizerunku, którego zatrudniła May, pokazał mi dokładnie w jaki sposób powinnam się uśmiechać by wywołać żądany efekt. Inny uśmiech był dla przyjaciółki, inny dla kamer, a jeszcze inny dla podopiecznych. Nauczyłam się mowy ciała, dzięki czemu mogłam z łatwością manipulować otoczeniem. Gdy ktoś zadał mi jakieś dziwne pytanie, potrafiłam go zręcznie uniknąć. Gdy mijałam na ulicy szalenie zakochanych we mnie fanów, umiałam ich delikatnie spławić. Gdy moje Pokemony nie miały ochoty na kolejną prezentację, której domagał się następny dziennikarz, znajdowałam dla nich usprawiedliwienie. Życie w wielkim mieście zdecydowanie różniło się od spokojnego Vaniville i musiałam się do tego przystosować.

– To było piękne! – słusznie zauważyła jedna z moich podopiecznych.

– Prześliczne!

– Zjawiskowe!

– Sereno, naucz mnie tego, proszę!

Grupa, którą szkoliłyśmy składała się z początkujących Trenerów. Część z nich zupełnie niedawno otrzymała swojego pierwszego Pokemona i nie mogła pochwalić się jakimiś imponującymi zdobyczami. Zdążyli oni jednak podjąć jedną, bardzo ważną decyzję. Odrzucili standardową ścieżkę, którą obierała zdecydowana większość ludzi w ich wieku i postanowili zostać Koordynatorami, a nie Trenerami. Stwierdzili, że wydobędą czyste piękno ze swoich Pokemonów, a nie tylko brutalną siłę. Zdecydowanie się na coś takiego na pewno wymagało nie lada odwagi, więc mimo ich wieku i braku doświadczenia, bardzo mi imponowali.

– Dziękuję, dziękuję! – ukłoniłam się raz jeszcze, odwoławszy Pokemony. – Jesteście dla mnie zbyt mili, ale wiecie, że i tak wam nie odpuszczę, prawda?

Cieszyło mnie to, że podobał im się mój Pokaz, ale zależało mi na bardziej rozwiniętych wypowiedziach. Każde z nich na pewno miało swoje własne spostrzeżenia. Coś im się podobało bardziej, a coś mniej. Być może coś by nawet zmienili. Problem był w tym, że nie potrafili, albo wręcz bali się wyrażać swojego własnego zdania. A ja przecież tak bardzo na nie czekałam. Westchnęłam.

– Chodźcie tutaj… – przywołałam ich do siebie i usiedliśmy na skraju prowizorycznej sceny. – Słuchajcie… To nasz ósmy wspólny trening i ciągle słyszę to samo. „Ładnie”, „fajnie”, „ślicznie”. To nie o to chodzi, byście mnie non-stop chwalili. Możecie mi zwrócić uwagę, powiedzieć co mogłabym poprawić. Ja nie gryzę…

– Ale jak to? – zdziwił się pewien chłopak. – To byłoby niegrzeczne.

– Czemu tak sądzisz? – uśmiech numer siedem. – Ja nie jestem waszą nauczycielką. Jestem waszą przyjaciółką, albo przynajmniej chciałabym nią być.  Nie wstawię wam uwagi, nie wezwę waszych rodziców, nie wyśmieje was. Możecie być ze mną szczerzy. Robimy to po to, byście stali się lepszymi Koordynatorami.

– Nigdy nie będziemy tacy jak ty! – zasmuciła się dziewczyna z Linoonem na ramieniu.

– To prawda… – uśmiech numer trzy. – Będziecie lepsi. To może tak… Spójrz na swojego Pokemona. Pomyśl przez chwilę i powiedz… co widzisz?

– N-Nic…? – zaczęła nieśmiało dziewczyna. – T-To znaczy… widzę Linoone’a. M-Ma lśniącą sierść, długi ogon, błękitne oczy i…

– Nie, nie, nie. – tym razem zaryzykowałam czwórkę. – Prawidłowa odpowiedź brzmi: uśmiech.

– Uśmiech?

– Tak. Widzisz swój uśmiech. W twoim Linoone! – widząc, że nie wszyscy załapali moją przenośnię, musiałam się rozgadać. – Pamiętasz jak tydzień temu ewoluował z Zigzagoona? Oczywiście, że pamiętasz. Byłaś przecież wtedy najszczęśliwszą dziewczyną w Mauville, prawda? Zigzagoon ewoluował dla ciebie, a konkretnie dla twojego uśmiechu. Zupełnie jak mój Fennekin kiedyś. Ewoluował… bo ci ufa. Ewoluował… bo chciał żebyś była uśmiechnięta. Ewoluował… bo w ciebie wierzy.

– N-Nigdy o tym tak nie myślałam…

– Rozumiecie teraz? – zmierzyłam wszystkich wzrokiem. – Nie możecie się wstydzić swoich myśli, nie możecie się bać swojego zdania! Musicie w nie uwierzyć! Tak jak wasze Pokemony wierzą w was!

Pomyślałam, że dobrze będzie ich teraz zostawić samym sobie. Przeprosiłam ich więc i symulowałam wyjście do łazienki. Naprawdę jednak schowałam się za kolumną i obserwowałam ich. Gdy tylko znikłam im z oczu, zaczęli szeptać. Dyskusja, mimo iż przebiegała po cichu, zaczynała nabierać tempa. Wszyscy, nawet ci najmniej gadatliwi, mieli coś do powiedzenia. W pewnym momencie zaczęli się nawet przekrzykiwać. Właśnie o to mi chodziło. Poczekałam jeszcze kilka minut i postanowiłam do nich wrócić.

– No i jak? – zaczęłam. – Uda nam się dzisiaj jakoś porozmawiać?

– Tak! – krzyknęli chórem.

– A więc? – uśmiech numer jeden. – Jakie macie spostrzeżenia?

– Ekhm… – dziewczyna z Linoonem odchrząknęła. – Jak słusznie zauważyłaś to nasz ósmy wspólny trening, a ty…

Dziewczyna spojrzała na mnie, jakby czekając czy nie zacznę na nią krzyczeć.

– A ty… wciąż jesteś świetna! Każdy twój pokaz był uroczy! Prześliczny! Słodki!

– Ech… – zdziwiłam się. – A myślałam, że odważycie się powiedzieć coś innego…

– Za słodki… – usłyszałam cichy głos.

– Zbyt przesłodzony… – odważył się jeszcze ktoś.

– Za uroczy…

– Wciąż to samo…

– Niepełny szpagat…

– Wszystko na jedno kopyto…

– Jesteś jednokierunkowa…

– C-Co? – wysiliłam się na uśmiech numer dziewięć, który według teorii miał pomóc w unikaniu wstydu. – M-Możecie to jeszcze raz powtórzyć?

Sama tego chciałam, pomyślałam. Prosiłam ich o prawdę prosto w oczy i ją otrzymałam. Dawno nie byłam celem tak ostrej krytyki. I choć pochodziła ona od żółtodziobów, dotknęła mnie bardzo mocno. Gdyby tak mądrzył się jakiś telewizyjny prezenter czy inny pseudo-ekspert, prawdopodobnie bym to zignorowała. Tu jednak wypowiadali się ludzie, którzy byli mi, w pewnym sensie oczywiście, bliscy. W dodatku miałam ich pod swoimi skrzydłami, więc chciałam im zapewnić jak najlepsze przygotowanie przed ich debiutanckimi pokazami. Nade wszystko na świecie, nie mogłam ich zawieść. Nie chciałam by byli ze mnie niezadowoleni.

– D-Dobrze, rozumiem. – z wielkim trudem przywołałam na twarz kolejny uśmiech. – Ch-Chyba już rozumiem. Widzicie? Jak chcecie to potraficie! Dziękuję wam bardzo za tą szczerość. W końcu mamy o czym rozmawiać!

– Gdy byłaś w łazience… – znów głos zabrała dziewczyna z Linoonem, która wyrastała powoli na ich liderkę. – Twoje występy są naprawdę urocze, piękne i słodkie. Tyle, że nie każdemu tutaj podoba się twój styl. W zasadzie to jesteśmy młodymi, niedoświadczonymi Koordynatorami i wciąż poszukujemy swojego idealnego stylu. Dlatego chcielibyśmy móc próbować różnych choreografii. Może trochę bardziej agresywnych, trochę bardziej niebezpiecznych, może nawet jakiś złowieszczych. Bo widzisz… nie każdy lubi różowy…

– R-Rozumiem…

W tym momencie do pomieszczenia weszła May. Moi uczniowie, gdy tylko ją zobaczyli, podnieśli się i niczym cwałujące Rapidashe, dopadli do niej. May przywitała się z każdym z osobna, uśmiechając się i żartując sobie. Wyglądała na taką wyluzowaną, podczas gdy ja byłam w tej chwili kłębkiem nerwów. Przed oczyma zaczęły pojawiać mi się wszystkie moje Pokazy, w których brałam udział. Pamiętałam niemal każdy detal. Po szybkiej analizie spostrzegłam, że mieli rację. Rzeczywiście wszystkie moje występy były na jedno kopyto. Mimo iż korzystałam z ognistych ataków Braixen czy z Dark Pulse’ów Panchama, wszystko było takie słodkie…

– Na dzisiaj starczy! – przywitałam się z May i obwieściłam zakończenie treningu. – Będę potrzebowała krótkiej przerwy, dlatego sobotnich zajęć nie będzie. Spotkamy się w poniedziałek! Idźcie do szatni, przebierzcie się i nakarmcie swoje Pokemony!

– Hej, Sereno…? – May klepnęła mnie w ramię. – Coś nie tak?

– Powiedz mi, May… – spuściłam głowę. – Czy ty też uważasz, że jestem przesłodzona?

May nie odpowiedziała od razu. Widać było, że przez dłuższą chwilę myślała jak ma mi odpowiedzieć na to pytanie. Samo to już mi wystarczyło. Więc jednak coś w tym jest. Jestem za słodka, zbyt urocza, zbyt piękna. Podrapałam się w czoło, rozmyślając czy można w ogóle być zbyt piękną.

– Jakby ci to powiedzieć… – zaczęła May. – Ty po prostu… masz swój unikalny styl! Masz piękne i urocze Pokemony, które…

– Właśnie! Może to o to chodzi? Może brakuje mi jakiegoś odmiennego Pokemona?

– Ja też zaczynałam występować z Beautifly. – uśmiechnęła się dziewczyna. – Choć moim pierwszym Pokemonem był Torchic. Jakoś… nie wierzyłam, że jest on dobrym partnerem do Pokazów. Widziałam w nim tylko brutalną siłę. Do czasu, gdy…

– Właśnie! Gdybym miała jeszcze jednego, jakieś odmiennego, nie-słodkiego i nie-różowego Pokemona… Być może zrozumiałabym o co im chodziło. Może nauczyłabym się innego stylu. Pokazała pazurki…?

– A Pancham? – zapytała May. – On przecież nie jest różowy, Braixen też…

– Tak, wiem. On jednak wciąż jest zbyt słodki, a nie będę mu kazała udawać jakiegoś groźnego goryla. – zamyśliłam się przez chwilę. – May! Gdzie mogę złapać jakieś mroczne czy walczące Pokemony? O, albo najlepiej jakieś duchy?!

May zmierzyła mnie wzrokiem. Było w tym coś nieprzyjemnego. Jakby gardziła mną w tym momencie.

– Wiesz co, Sereno… – zaczęła. – Nie podoba mi się ten pomysł. W ogóle uważam, że owszem masz może troszkę zbyt przesłodzony styl, ale to jest twój styl. Wypracowany przez ciebie i twoje Pokemony. Wiem, że czujecie się w nim jak ryba w wodzie. Dzięki niemu dajecie ludziom szczęście. Sprawiacie, że się uśmiechają. Nie powinnaś się zatem przejmować krytyką sprzed chwili. Możemy się umówić tak, że odciążę cię trochę i razem z Blazikenem pokażemy im kilka odmiennych stylów.

– Widzisz?! – zapytałam z wyrzutem. – Ja mam znać tylko jeden styl, podczas gdy ty opanowałaś ich kilka?

– Mam pomysł! – May klasnęła wesoło w dłonie. – Czas na twoją pierwszą Wstążkę! Podczas walki o nią sama stwierdzisz czy twój przesłodzony styl jest rzeczywiście taki zły. Co ty na to?

– Tyle, że ja wiem, że on jest zły…

– Bzdury! Nic nie wiesz! A walka o Wstążkę w Sali Slateport ci to udowodni!

– Wolałabym złapać jakiegoś… – dopiero po chwili skojarzyłam fakty. – Chwila, chwila! Powiedziałaś „Sali”?

– Tak. Wstążka ze Slateport jest wyjątkowa. Zdobywa ją się na podobnych zasadach co Odznaki. Trzeba pokonać Lidera Pokazu w pokazowej bitwie.

– To brzmi całkiem interesująco. – zamyśliłam się. – Jednak myślę, że warto byłoby złapać i tak jeszcze jednego Pokemona.

– Ech, nie wytrzymam z tobą! – krzyknęła. – Skoro jesteś moją przyjaciółką to zgoda. Mogę zabrać cię do Mrocznego Zaułka Mauville.

– Mroczny Zaułek Mauville?

– Raz w miesiącu, w opuszczonej dzielnicy miasta, spotykają się różni, dziwni i straszni ludzie. Toczą oni tam walki, wymieniają się Pokemonami i doświadczeniami. Lubują się głównie w typach mrocznych i walczących, czyli takich, jakie sobie wymarzyłaś. Wydaję mi się, że samo przebywanie w takim miejscu, pozwoli ci zrozumieć na czym może polegać inny, bardziej „mroczny”, jak ty to powiadasz, styl.

– Daj mi się chwilkę zastanowić.

Trudna decyzja. Trochę czasu minęło odkąd jestem w Hoenn, a wciąż nie zdobyłam żadnej Wstążki. W rzeczy samej przydałoby się w końcu jakąś zgarnąć. W dodatku mogłabym zabrać tam całą swoją „klasę” i udowodnić im, że najważniejsze jest słuchanie głosu swojego serca. Jeśli udałoby mi się wygrać, udowodniłabym również sama sobie, że moje metody są skuteczne i powinnam się ich trzymać. Dobrze zrobiłaby mi również kilkudniowa przerwa od Mauville i spędzenie paru nocy na świeżym powietrzu. Z drugiej strony jednak, nowy Pokemon otworzyłby mi drzwi do nowych możliwości. Mogłabym wzbogacić swój repertuar, zrozumieć więcej rzeczy. Zawsze unikałam takich mniej słodkich tematów, ale być może to był błąd. Przecież, żeby mieć o czymś opinie, trzeba to najpierw poznać, prawda? To byłaby również dobra okazja do podpatrzenia jakiś ciekawych, niekonwencjonalnych zagrań. Jest jeszcze inna opcja. Przecież nie muszę niczego nikomu udowadniać! Mogę być po prostu sobą. Robić swoje, walczyć i trenować na swój własny sposób. Żadna Wstążka nie jest mi do tego potrzebna. Ani nowy nabytek. Przecież nie jest tak, że moje Pokemony się „zużyły”. To dzięki nim i temu kim jestem, zaszłam tak daleko w Kalos. Wprawdzie nie udało mi się wygrać, ale…

Mam postawić na swój słodki styl i zawalczyć o Wstążkę czy powinnam zdobyć jakiegoś odmiennego Pokemona, a może to wszystko najlepiej zignorować?

– W takim razie… – zaczęłam, powoli się uśmiechając. – …

Spoiler

Dlaczego to teraz tak wygląda? Dowiesz się tutaj!

Wybór: Głosowanie większościowe (co to jest? kliknij tutaj)

Opcja 1: Serena wraz z May uda się do miasta portowego Slateport, gdzie mieści się specjalna Sala Pokazowa. Dziewczyna będzie miała nadzieję zdobyć tam swoją pierwszą Wstążkę w Hoenn. Spotka też pewną znajomą twarz, którą możecie kojarzyć z anime Advanced Generations, bądź gier Ruby & Sapphire i ich remake’ów.

Opcja 2: Serena będzie starała się zgłębić swoje bardziej agresywne „ja”, poprzez udanie się do groźnej dzielnicy Mauville, która w konkretne noce wypełniana jest podejrzanymi typkami. Dziewczyna będzie starała się zrozumieć, w jaki sposób może wydobyć ze swoich Pokemonów coś innego niż tylko cukierkową słodkość.

Opcja 3: Serena zignoruje wskazówki swoich uczniów i będzie upierać się na swoim. Nie ruszy ani do Slateport po Wstążkę, ani nie odwiedzi Mrocznego Zaułka Mauville. Zamiast tego zostanie w pensjonacie i będzie doskonalić swój własny styl, do czasu aż coś jej w tym przeszkodzi…

Głosowanie trwa do najbliższego wtorku, do godz. 23:59. Następna scena pojawi się w czwartek.

[collapse]

 

 

Co dalej z NSM?

Alola!

Jako że część z Was wciąż dopytuje się mnie, kiedy pojawi się nowa część „Na Skrzydłach Marzeń”, postanowiłem w końcu oficjalnie wypowiedzieć się na ten temat, by nie trzymać Was w niepewności. Wiem, że nie lubicie czytać długich tekstów, które ja z kolei lubię pisać, dlatego postaram się tu ograniczyć do niezbędnego minimum. Jak to mawiają w filmach: „Mam dla Was dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą”. Dobra jest taka, że nowa część NSM pojawi się w najbliższą niedzielę, a zła, że forma, w której będzie się ukazywać, zostanie zmieniona.

Stworzenie jednej części „Na Skrzydłach Marzeń” wymaga napisania 25 – 30 scen, z których każda mieści się na 1 – 2 stronach A4. Jak więc widzicie, ilość jest dość pokaźna, ale to nie ona jest problemem. Kłopot tkwi w tym, że to wszystko wymaga czasu i wyłącza mnie na 3 – 4 tygodnie z pisania/robienia czegokolwiek innego na stronie. Cały więc czas, który mogę poświęcić na działalność na stronie, jest przeznaczany wtedy na NSM, a inne aspekty zajmowania się nią cierpią. Jako że czasu nie da się kupić, miałem dwie opcje: porzucić NSM albo sprawić, by było mniej czasożerne. Jak się domyślacie, wybrałem opcje drugą.

W NSM w dalszym ciągu będziecie dokonywać wyborów i sterować Sereną z tym, że będzie to się działo na bieżąco. Dobre, złe i prawdziwe zakończenia zostaną porzucone. Nie będzie też możliwości „przejścia” przez daną część różnymi ścieżkami, gdyż istnieć będzie tylko jedna, wybrana przez ogół czytelników. Jak to będzie wyglądać w praktyce? Pojawiać będzie się jedna scena, na której końcu będziecie musieli dokonać wyboru z trzech/czterech opcji. Po upływie czasu na głosowanie opisana zostanie tylko jedna wersja, a pozostałe odrzucone i nieopisane. Nie martwcie się jednak, nie zawsze będzie tak, że najpopularniejsza opcja będzie opisywana, dlatego jeśli Wasze zdanie różni się od większości, wciąż będzie miało szanse na realizację. No, ale o tym najlepiej przekonacie się w praktyce. Wytrwajcie do niedzieli ^^

Takie „nowe” NSM pojawiać będzie się z częstotliwością 1 – 2 scen na tydzień. Zdaję sobie sprawę, że tekst może nie być już tak atrakcyjny, zwłaszcza dla osób, które nie będą czytać go na bieżąco, ale przynajmniej będzie się regularnie pojawiać. Nasz zmyślony podbój Hoenn przez Serenę będzie trwać dalej, przynajmniej do czasu, kiedy dziewczyna (mam nadzieję) wróci do anime. Mam świadomość, że na pewno nie wszyscy czytają NSM, więc nie chcąc zaniedbywać tej grupy osób, podjąłem taką właśnie decyzję. Zatem… Do zobaczenia w niedzielę!

Wybór

Cóż, skoro Sereną od tej pory będziecie kierować razem, najprościej byłoby zrobić po prostu ankietę i rozpisywać tylko tą opcję, którą wybierze większość. Mam jednak dość mieszane odczucia co do tej formy wyboru. W ten sposób czytelnicy, który wybierają mniej popularne opcje, mogą się poczuć ignorowani. W związku z tym będziemy mieli trzy typy wyborów, które będą się zmieniać w każdej scenie.

Głosowanie większościowe: Opcja, która dostanie najwięcej głosów w ankiecie wygrywa i tylko ona jest opisywana.

Głosowanie z losowaniem: Głosy każdej opcji są przeliczane na procenty, po czym każdej z nich przydzielany jest określony przedział liczb. Następnie losowana jest liczba od 1 do 100. Rozpisywana jest opcja do którego przedziału należy wylosowana liczba. W ten sposób nawet opcje, które dostały najmniej głosów mają szansę na rozwinięcie.

Wolny wybór: Zamiast głosować w ankiecie, swój wybór będziecie pisać w komentarzach. Jeden z nich zostanie następnie wybrany i rozpisany. Jest to coś podobnego do starej Randki w ciemno.

Zespół SM i PBF

Jednym z kluczowych momentów podczas dotychczasowego pobytu Sereny w Hoenn było zwycięstwo w turnieju i utworzenie Zespołu SM, któremu notabene nazwę nadaliście Wy. Długo myślałem, jak ugryźć ten aspekt NSM. Początkowo miałem zamiar w każdej części wprowadzać jakiegoś/jakąś character of the day, którego/którą dziewczyny mogłyby namówić do wstąpienia do Zespołu. Nie będę zdradzać tutaj, jakie postacie miałem przygotowane, bo być może jeszcze je wykorzystam. Niedawno, dzięki ludziom, którzy erpią na naszym forum, wpadł mi do głowy inny pomysł. Zamiast próbować rekrutować jakieś znane postacie z anime, lepiej będzie, jeśli to Wy zostaniecie członkami Zespołu SM! W końcu z założenia miała to być organizacja pomagająca początkującym Koordynatorom. Jeśli zachodzicie w głowę, w jaki sposób to Wy możecie dołączyć do NSM, już wyjaśniam. Chodzi tu oczywiście o PBF-a…

PBF (Played by Forum) to gra fabularna, w której gracze wcielają się w fikcyjne, wymyślone przez siebie postacie, które odgrywają, pisząc posty na forum. Jeśli braliście kiedykolwiek udział w jakimkolwiek RP (Role Play), PBF nie sprawi Wam najmniejszych problemów. Takie rzeczy najlepiej poznaje się w praktyce, więc wszystkich zainteresowanych odsyłam na nasze forum. Zapisy do PBF-a „Na Skrzydłach Marzeń” rozpoczęły się wczoraj, a planowany start przewidziano na 10 maja. Jest więc jeszcze trochę czasu, aby ze wszystkim się oswoić i zgłębić tajniki tej zabawy.

Link do PBF-a: klik!

Zapraszamy do wzięcia udziału!

 

Przed częścią drugą

Alola!

Dwa tygodnie temu światło dzienne ujrzała pierwsza część drugiego tomu Na Skrzydłach Marzeń. Przyszła pora, aby zacząć myśleć o następnej odsłonie. Zanim jednak to zrobię, chciałbym omówić z Wami wydarzenia, które miały miejsce w tej części.

Tym razem jednak nie pokażę Wam zdjęcia z programu Twine, gdyż większą połowę scen (głównie te dotyczące „ścieżki Brendana”) po prostu improwizowałem. W tej części istniało aż osiem różnych zakończeń. Fabuła została podzielona na dwie części i moim pierwszym założeniem było to, by zrobić z tego crime-story, albo przynajmniej coś w stylu starej bajki Scooby-Doo. Dlatego głównym zadaniem Sereny i May było rozwiązanie pewnej zagadki. Jak się niestety okazało, zdecydowanej większości z Was nie udało się rozwikłać jej w pełni. Być może wina leżała po mojej stronie i nie dałem Wam wystarczająco dużo wskazówek, abyście mogli dojść do prawidłowych wniosków. Dlatego teraz spróbuję Wam wszystko wyjaśnić.

W opowiadaniu istniały dwie możliwe ścieżki.

Ścieżka Asahiny

Wybrało ją: 24,0% czytelników.

Trochę szkoda, że tak mało osób zdecydowało się na wybór tej strony, gdyż wydaje mi się, że była troszkę lepsza od konkurencyjnej ścieżki Brendana. Przynajmniej łatwiej mi się ją pisało. Ta strona wymagała milczenia, podczas gdy May zaczynała wygłaszać swoje niedopracowane motto. Prawdopodobnie możliwość wypowiedzenia drugiej kwestii tej formułki okazała się być zbyt dużą pokusą. Ścieżka ta skupiała się na postaci, wzorowanej na nowej Moon z Ultra Sun & Ultra Moon, którą pieszczotliwie nazwałem Asahina. Była ona całkowicie zmyślona i nie znajdowała odzwierciedlenia w żadnej znanej z anime postaci.

Problemem z którym miały zmierzyć się Serena i May były ustawiane Pokazy, na których dziewczyny miały nadzieję znaleźć nowych członków do swojego Zespołu SM. W pierwszej kolejności Serena próbowała inwigilować Asahinę, która według niej nie powinna wygrać. Udzielając jej lekcji przy pomocy Pokemona wyklutego z Jajka – Swablu, udało się zjednać sobie jej przychylność. Asahina wprowadziła Sereną i May w problem i kilka dni później wszystkie trzy dziewczyny przeniknęły do bazy Zespołu R.

Przez kolejne dwie sceny należało znaleźć tropy, które pomogły by rozwikłać zagadkę, dlatego należało czytać ze zrozumieniem. Przeszukując biurko można było natknąć się na list mówiący o zbudowaniu „prawdziwego” Zespołu R, niezależnego od Giovanniego. Natomiast przyglądając się obrazowi, podziurawionemu przez rzutki, można było wywnioskować nienawiść podejrzanych do Giovanniego. Drugi dowód zdobywało się poprzez wejście do któregoś z pomieszczeń. W kuchni dziewczyny musiały zmierzyć się z problemem powyginanych łyżek. Znalazły tam też krążek na sznurku, który oczywiście należeć mógł tylko i wyłącznie do Hypno i jego hipnozy, będącej środkiem w jaki Zespół R manipulował Pokazami. Kierując się do jadalni natomiast, Serena, May i Asahina spotkały smutnego i głodnego Alakazama. Był on samotny i sprawiał wrażenie porzuconego. Nie panując nad swoimi psychicznymi mocami, wyginał wszystkie sztućce, toteż nie mógł skonsumować posiłku. Nakarmiony przez Serenę, wręczył każdej z dziewczyn naszyjnik z metalowym krążkiem. Oczywiście były to pozostałości po Hypno.

Końcowe sceny to konfrontacja dziewczyn z Butchem i Cassidy. Na tym etapie May i Serena zeszły niejako na bok, a następował tu rozwój Asahiny. Dając jej zawalczyć samodzielnie w walce 1 vs 3, dochodziło do ewolucji jej Popplio w Brionne. W końcu pojawiała się Sierżant Jenny, której Serena zdawała raport. Do wyboru było aż sześć odpowiedzi i tu właśnie sprawdzana była Wasza przenikliwość, gdyż tylko jedna z nich prowadziła do prawdziwego zakończenia. Należało odpowiedzieć, że Butch i Cassidy działali niezależnie od Giovanniego, a Pokazy były ustawiane przy pomocy Hypno. Taka odpowiedź miała gwarantować przyłączenie się Asahiny do May i Sereny na stałe, jako postaci drugoplanowej. Do prawidłowego wniosku doszło zaledwie 23,2% czytających.

Ścieżka Brendana

Znalezione obrazy dla zapytania oras protagonists

Wybrało ją: 76,0% czytelników.

Na tej ścieżce dziewczyny mierzyły się z tym samym problemem. Wykorzystały jednak inną metodę postępowania. Z pomocą Brendana postanowiły użyć podstępu. Dzięki May i jej tacie udało się zrobić z Sereny prezenterkę, która miała poprowadzić kolejny Pokaz. Mimo, że w tej ścieżce pojawiał się Brendan, tak naprawdę nie odgrywał on tak dużej roli jak Asahina na konkurencyjnej ścieżce. Tutaj świecić miała Serena.

Problemy dziewczyny zaczęły się jeszcze przed rozpoczęciem występów. Kosmetyczka, która miała zadbać o jej wizerunek, próbowała uśpić ją za pomoca Jigglypuffa. Bardzo szybka i przytomna reakcja Sereny oraz jej Sylveon pozwoliła odwrócić losy tego spotkania. Dziewczyna zaczęła już wtedy podejrzewać, że coś jest nie tak.

Po wizycie u zbuntowanej kosmetyczki, Serena miała dwie opcje do wyboru. Mogła zajrzeć do tajemniczego pokoju, który wcześniej ją zaintrygował, albo zdać relację Brendanowi i May. Decydując się na pokój, dziewczyna zmuszona była do odbycia przedziwnej rozmowy z nieznajomymi. Oczywiście w moim zamyśleniu byli to Butch i Cassidy, ale nie zostało to do końca zdradzone czytelnikowi. Przestępcy traktowali Serenę jakby bardzo dobrze ją znali, co wzbudziło w dziewczynie niepokój, gdyż widziała ich pierwszy raz na oczy. Ci jednak rozmawiali z nią jak gdyby nigdy nic, chwalili ją i udzielali porad. Waszym zadaniem tutaj było zauważenie właśnie tego. Trzeba było się zorientować, że Butch i Cassidy uważają Serenę za kogoś zupełnie innego. Wracając z relacją do May ta z kolei zaczęła się na nią dąsać i coś jej wypominać. Serena oczywiście nie miała pojęcia o co chodzi, gdy May wspominała o kłótni sprzed chwili. Tutaj z kolej zauważyć trzeba było, że być może istnieje inna Serena, jakiś jej inny sobowtór.

Kolejny trop do zgarnięcia był już po Pokazie, a przed ogłoszeniem wyników. Serena mogła wtedy iść poszperać na zapleczu bądź przesłuchać Trenera podejrzanego Eevee. Wybierając opcję pierwszą, dziewczyna została napadnięta przez Charizarda, Gengara i Fearowa. Waszą uwagę powinien zwrócić fakt, że Pokemony pojawiały się nagle i znikąd. Poza tym Arm Thrust Panchama zadziałał na Gengara, a przecież nie powinien. Rozmawiając z podejrzanym chłopakiem, Serena zorientowała się, że on sam tak naprawdę nie ma pojęcia dlaczego jego Eevee zna ataki, których znać nie powinien. Tutaj z kolei należało stwierdzić, że Eevee tak naprawdę nie był Eevee’m.

Kulminacyjny moment nadszedł, gdy Serena miała przeczytać wyniki. Kobieta, która przyniosła kopertę z wynikami, wyszeptała jej do ucha imię zwycięzcy, które było zupełnie inne niż to z koperty. Dziewczyna musiała postanowić czy przeczytać imię z kartki, powtórzyć to, które zostało jej wyszeptane czy wybrać jeszcze kogoś innego. Decydując się na pierwszą opcję na scenie pojawili się Butch i Cassidy, a Serenie z odsieczą ruszyła Lisia. Koniec końców złoczyńcy zostali pojmani przez „Wattsona”, a właściwie przez kogoś kto go imitował. Mimo iż wydało się, że wszystko skończyło się dobrze – wcale tak nie było. Powtarzając imię, które usłyszała na ucho, na scenie nagle pojawiła się Lisia, która również prowadziła swoje indywidualne śledztwo. Demaskując Serenę i May przed całą publicznością, doprowadziła do ich zniesławienia.

Wybór jeszcze innego, trzeciego zwycięzcy, skutkował walką z samą May, która fanatycznie twierdziła, że Serena nie jest prawdziwą Sereną i zamierzała ją pokonać by to udowodnić. Dzięki uczuciu, które zaczynało kiełkować między Sylveon Sereny, a Glaceonem May, dziewczyna w końcu się opamiętała. Na scenie pojawili się też Butch, Cassidy i Brendan. Ten ostatni odmówił walki z Sereną, twierdząc, że jego Pokemony są ranne. Do całego zamieszania dołączyła jeszcze Sierżant Jenny, która spytała się Sereny o to, kto jest winny. Problemem tutaj było wskazanie na Brendana.  Uznanie go niewinnym prowadziło do dobrego zakończenia, w którym „Brendan” nagle zniknął i zerwał znajomość z dziewczynami. Do prawdziwego zakończenia można było dojść uznając chłopaka winnym. Wtedy pojawiał się prawdziwy Brendan, który złapał pierwszego „Brendana” do PokeBalla. Okazało się, że był nim Zoroark – Pokemon, który mistrzowsko władał iluzjami. To on miał przemienić się w Serenę, gdy ta miała zostać uśpiona. To za niego wzięli dziewczynę Butch i Cassidy w tajemniczym pokoju. To on pokłócił się z May w imieniu Sereny. To on mógł w końcu tym tajemniczym Eevee i Pokemonami, które chciały napaść na Serenę.

Wybór prawdziwego zakończenia skutkował przyłączeniem się Brendana na stałe do May i Sereny. Do tego zakończenia dotarło 21,2% czytelników wybierających tą ścieżkę.

Statystyki:

Przez dwa tygodnie od momentu publikacji:

  • 984 indywidualnych IP – wzięło udział w opowieści;
  • 837 indywidualnych IP – dotarło do jednego z zakończeń;
  • 147 indywidualnych IP – zrezygnowało w połowie drogi.

Zakończenia:

Tak jak wspomniałem wyżej, w tej części istniało aż osiem zakończeń:

I: Serena i May, poprzez złożenie zupełnie nieprawidłowych zeznań, doprowadziły do ośmieszenia Sierżantów Jenny i w Hoenn i w Kanto. Podejrzenia oficerek padły na dziewczyny i w celu dalszego ich wyjaśnienia, na May nałożono areszt domowy. Złe zakończenie.

II: Tylko cześć ze złożonych wyjaśnień okazała się prawdziwa, dlatego Sierżant Jenny musiały podjąć jeszcze samodzielny wysiłek. Sprawa ostatecznie zakończyła się sukcesem, ale udział i pomoc Sereny i May została całkowicie pominięta. Dobre zakończenie.

III: Zeznania Sereny były szczegółowe i precyzyjne, przez co cała akcja okazała się być olbrzymim sukcesem. Dziewczyny w podziękowaniu otrzymały Klucze do Miasta od Wattsona oraz zdobyły upragnioną popularność. Do Zespołu SM postanowiła dołączyć Asahina. Prawdziwe zakończenie.

IV: May i Serena wzięły sprawy w swoje ręce i postanowiły śledzić podejrzane osoby, w końcu znajdując się na barce. Zanim zdążyły cokolwiek wywnioskować, zostały uśpione przez Vileplume’a i obudziły się dopiero w Kanto. Złe zakończenie.

V: Serena ogłosiła zwycięzce sugerując się podszeptem. Okazało się, że Lisia również prowadzi indywidualne śledztwo w tej sprawie. Wkraczając na scenę zdemaskowała Serenę i May. Wyglądało to tak jakby to one były winne ustawianiu Pokazów. Ich popularność spadła na dno. Złe zakończenie.

VI: Serena przeczytała zwycięzcę z kartki, powodując tym pojawienie się Butcha i Cassidy na scenie. Nieoczekiwanie na pomoc rzuciła jej się Lisia i razem stanęły do walki przeciwko złoczyńcom. Całe zamieszanie rozwiał „Wattson”, który tak naprawdę nim nie był. Dobre zakończenie.

VII: Serena wybrała jeszcze jedną opcję stawiając na trzeciego zwycięzcę. Na scenie wtedy pojawił się „Brendan” w towarzystwie Butcha i Cassidy. Znalazła się tam również May, z którą Serena musiała stoczyć walkę. Gdy do akcji przystąpiła Sierżant Jenny, Serena wskazała na niewinność „Brendana”, który tak naprawdę nim nie był. Sprawa niby dobrze się zakończyła, lecz „Brendan” zerwał z dziewczynami kontakt. Dobre zakończenie.

VIII: Serena wybrała jeszcze jedną opcję stawiając na trzeciego zwycięzcę. Na scenie wtedy pojawił się „Brendan” w towarzystwie Butcha i Cassidy. Znalazła się tam również May, z którą Serena musiała stoczyć walkę. Gdy do akcji przystąpiła Sierżant Jenny, Serena stwierdziła, że „Brendan” jest winny. Wtem pojawił się prawdziwy Brendan, który zdemaskował swojego sobowtóra. Okazało się, że był nim Zoroark. Po całym indycencie Brendan postanowił dołączyć do Zespołu SM. Prawdziwe zakończenie.

 

Jak widzicie najwięcej osób dotarło do zakończenia VI, czyli tego z fałszywym Wattsonem. Oto co ono wnosi do dalszej opowieści:

  • May po dłuższej przerwie spotkała się z Brendanem;
  • Serena poznała Brendana;
  • Serena zdobyła doświadczenie w byciu prezenterką;
  • Okazało się, że Pokemonem, który wykluł się z Jajka jest Shiny Swablu;
  • Ustawianie Pokazów ustało;
  • Sprawcy zostali „zatrzymani” przez „Wattsona”;
  • W Zespole SM w dalszym ciągu nie ma nowych członków.

Podsumowanie:

Ta część miała chyba najwięcej zakończeń ze wszystkich do tej pory. Następna pojawi się za… A, właśnie! Ogólnie tak sobie ostatnio myślałem, że może wolelibyście aby ta opowiastka była publikowana scena po scenie, a nie od razu wszystko na raz? Wtedy w tygodniu ukazywałoby się 1 – 3 sceny, a na końcu każdej z nich byłaby dwudniowa ankieta, gdzie wybieralibyście co powinna zrobić teraz Serena. Następnie opisywana byłaby wyłącznie opcja, która otrzymała najwięcej głosów. Oczywiście zabiłoby to całkowicie możliwość „przejścia” opowiadania na różne sposoby, no ale sceny pojawiałyby się wtedy na bieżąco. Dajcie znać w komentarzach co o tym sądzicie!

 

Na Skrzydłach Marzeń

Na Skrzydłach Marzeń (夢の翼 Yume no Tsubasa) to autorskie dzieło strony Alola.pl. Staraliśmy się połączyć typowy dla japońskiej popkultury gatunek literacki Light Novel (LN, ranobe) z grami tekstowymi. Być może już to wiecie, ale wyraźna część anime powstaje na podstawie ranobe, np. Toradora, Shakugan no Shana, Boku wa Tomodachi ga Sukunai, Highschool DxD, itp. Stąd miedzy innymi wynika wygląd naszych „okładek”. Gry tekstowe (zwane inaczej fikcją interaktywną) natomiast królowały w czasach, kiedy najpewniej nie było Was jeszcze na świecie. Polegały one na tym, że „gra” opowiadała „graczowi” jakąś historię, a fabuła posuwała się dalej w zależności od jego wyborów. Gwarantuje Wam, że od razu to zrozumiecie, gdy tylko przebrniecie przez pierwszą cześć „Skrzydeł”.

Na Skrzydłach Marzeń skupia się na naszej wizji podróży Sereny przez region Hoenn. Można więc powiedzieć, że jest to taki nasz Sezon 19,5 😉 Jednakże, jest to tylko i wyłącznie fanowska fikcja i nie ma nic wspólnego z oficjalnymi działaniami Nintendo i The Pokemon Company. Historia będzie ukazywać się w częściach, które będą składać się na poszczególne tomy. Każdy tom będzie zawierać 3 części.

Ale o co w tym wszystkim chodzi?

Pomyśleliśmy, że zamiast zwyczajnie napisać jakieś opowiadanie na ten temat, fajniej będzie dać Wam możliwość pokierowania Sereną w regionie Hoenn. Każda część będzie dzieliła się na sceny, między którymi to Wy sami będziecie się przemieszczać. Każda scena to krótki opis jakiejś sytuacji i kilka możliwości zachowań Sereny, które wskazywać będziecie Wy.

Każda część będzie prowadzić do kilku różnych zakończeń, które będą miały swoje typy:

  • dobre – wszystko się dobrze skończyło, historia będzie kontynuowana dalej;
  • złe – coś poszło nie tak, w związku z czym przygoda Sereny w Hoenn się zakończyła, kontynuacji nie będzie;
  • prawdziwe – jest to zakończenie najbardziej optymalne dla Sereny według nas, historia będzie kontynuowana dalej.

Skąd będziemy wiedzieć, do którego zakończenia najczęściej popychaliście Serenę? Otóż, ze statystyk wyświetlania stron. Jeśli większość z Was wybierze złe zakończenie, to cykl zostanie przerwany. To nie żart! Chcieliśmy, byście to Wy mieli decydujący wpływ na poczynania Sereny! Nie martwcie się jednak, wybór prowadzący do złego zakończenia będzie dość dobitnie wskazywany ^^ Gdy zaliczymy wszystkie trzy części pojedynczego tomu, zostanie od wydany w formie PDF-u do pobrania. Uwzględnione w nim będą Wasze najczęstsze wybory. Można więc powiedzieć, że to Wy stworzycie historię Sereny w Hoenn!

Dobra, napisałem się, pewnie brzmi to trochę skomplikowanie. Najprościej będzie, jeśli przekonacie się o tym na własnej skórze!

Na niektórych stronach jest podkład audio. Jeśli Was to drażni – przyciszcie głos, jeśli wprost przeciwnie – podkręćcie głośność. Ewentualnie możecie zatrzymać audio, klikając ikonkę w prawym górnym rogu.

 

Wydane odcinki:

Tom Okładka Podtytuł Części Data wydania
I „Przybyłam do Hoenn!” Część 1

Część 2

Część 3

Epilog

28.05.17r

03.07.17r

27.08.17r

10.09.17r

 II   „Zespół SM znowu błysnął!”

Część 1

Część 2

Część 3

Epilog

08.11.17r

Wkrótce!

Wkrótce!

Wkrótce!

Komentarze dotyczące pierwszej części zostały przeniesione do tego wątku by zachować jako taką spójność i uchronić przyszłych czytelników przed spoilerami. Przepraszamy za kłopoty!